MAGAZYN

Hiphopowiec w operze - Jakub Józef Orliński (wywiad)

25.01.2020Maja Handke

Hiphopowiec w operze - Jakub Józef Orliński (wywiad)
Fot. Rafał Masłow

Bilety na jego koncerty wyprzedają się na pniu, a pierwsza solowa płyta zbiera doskonałe recenzje. Na scenie hipnotyzuje głosem i akrobacjami breakdance. Jakub Józef Orliński mówi o swoich pasjach i życiu na jednej walizce. 

Rozmawiała: Maja Handke

Aria Vivaldiego "Vedro con mio diletto" w jego wykonaniu ma na YouTube'ie prawie 2,5 miliona wyświetleń. I nic dziwnego. Jego głos hipnotyzuje nie tylko znawców muzyki klasycznej, ale również laików. Bo kontratenor porusza nawet najbardziej opornych na piękno muzyki klasycznej. Jakub Józef Orliński – absolwent Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie i studiów podyplomowych na prestiżowej nowojorskiej Juilliard School of Music, laureat konkursu MET National Council Auditions organizowanego przez Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Młody Polak, który wprowadza nową jakość w świecie opery. Miłość do barokowych arii łączy z pasją do breakdance'u – tańca będącego nieodłącznym elementem kultury hip-hop. To jemu zawdzięcza ciało sportowca i sprawność, którą wykorzystują reżyserzy. Jego wygląd do- cenił brytyjski dziennik „The Guardian”, umieszczając go na liście dziesięciu najbardziej stylowych śpiewaków operowych na świecie. Dlatego nie dziwi nas, że towarzyszą mu groupies.

Maja Handke Fashion Magazine: Mówisz normalnym męskim głosem. Jak to się dzieje, że śpiewasz tak wysoko? Wytłumacz laikowi...

Jakub Józef Orliński: Używam tylko skrawków strun głosowych. To jest technika falsetowa, którą może zastosować każdy mężczyzna. Cała praca polega na zwiększeniu plastyki głosu, jego ruchliwości i wydobyciu wolumenu odpowiedniego, by ludzie mogli cię usłyszeć nawet w dużych salach. Nad tym trzeba trochę popracować. 

Kiedy zdecydowałeś się, że będziesz artystą? 

W mojej rodzinie praktycznie wszyscy są artystami - rzeźbiarzami, malarzami, grafikami. Też szukałem takiej drogi. Byłem w liceum plastycznym, ale to była porażka. Rytuałem kończącym zajęcia była zwykle wycieczka do mojej sztalugi, żeby się pośmiać, bo rysowałem jak przedszkolak. A dzieciaki z mojej klasy wygrywały międzynarodowe konkursy...

To chyba niezła szkoła dystansu?

Prawie dwa lata rzetelnie pracowałem nad moim plastycznym talentem, którego nie było. Jedyne, co mi wychodziło, to rzeźba. Poddałem się pod koniec drugiego roku i ustaliłem z opiekunką mojej klasy, że od teraz w czasie zajęć będę pozował kolegom, jednocześnie ucząc się historii muzyki, bo chciałem zdawać maturę z tego przedmiotu.

Pewnie jako jedyny w szkole?

Oczywiście. Dostałem dużo punktów i zdecydowałem się zdawać na warszawski Uniwersytet Muzyczny. Byłem trzynasty, a na bezpłatne studia przyjmowano dwanaście osób. Nie dziwię się, że się nie dosta- łem. Walczyłem z ludźmi, którzy od lat grali na klarnecie lub fortepianie. Mieli zupełnie inne przygotowanie niż ja. Ja nie umiałem nic – ani teorii muzyki, ani kształcenia słuchu, ani gry na instrumencie. Byłem jak z łapanki na ulicy. Na płatne studia nie było mnie stać, ale się nie poddałem. Zwróciłem się o pomoc do różnych osób i instytu- cji i na szczęście otrzymałem wsparcie anonimowego sponsora. Do tej pory nie wiem, kto to był, choć mam pewne podejrzenia.

Na studiach było ciężko?

Bardzo. Pierwsze trzy lata były bolesne. Niewykształcony głos brzmi fatalnie. Właściwie mieszkałem na uczelni. Do tego wyprowadziłem się z domu i postanowiłem sam się utrzymać. Miałem to szczęście, że mogłem zamieszkać w maleńkim mieszkaniu należącym do rodziny, ale nie chciałem brać pieniędzy od rodziców. Pracowałem w firmie Turbokolor produkującej odzież streetwearową, występowałem w pokazach i reklamach jako tancerz i model.

W świecie muzyki radziłeś sobie coraz lepiej.

Na studiach dostałem się do prowadzonej przez Beatę Klatkę Akademii Operowej w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie i to było wspaniałe. To świetny program dla młodych śpiewaków i prawdziwe okno na świat. Jeden z profesorów namówił mnie, że- bym zdawał do Curtis Institute of Music w Filadelfii. Przeszedłem do finałów, ale się nie dostałem. Okazało się, że nie ma u nich specjalisty od muzyki dawnej, a to niezbędne przy takim głosie jak mój – większość repertuaru pochodzi z okresu baroku. Wtedy doradzono mi nowojorską Juilliard School of Music. Zdawałem tam z moim przy- jacielem, pianistą Michałem Bielem. Dostaliśmy się obaj.

A jak radziłeś sobie w Nowym Jorku?

Juilliard jest drogą szkołą. Kosztuje ponad 40 tysięcy dolarów rocz- nie. A do tego trzeba doliczyć koszty zamieszkania w Nowym Jorku. To były dla mnie niewyobrażalne pieniądze. Za koncert w Polsce dostawałem 400 złotych, więc uzbieranie takiej kwoty zajęłoby mi lata. Udało się, bo dostałem wsparcie organizacji Fulbright Polska, połowę stypendium. Na moją korzyść zadziałało mocne CV, bo na- prawdę dużo pracowałem – i w Polsce, i za granicą. Co nie zmienia faktu, że żyłem jak biedak, a do tego studiowanie po angielsku było wielkim wysiłkiem. Po całym dniu nie byłem w stanie mówić.

Ale przetrwałeś?

Tak, ale i ja, i Michał pracowaliśmy bardzo ciężko. Praktycznie od rana do wieczora byliśmy na uczelni. Praca z nim bardzo dużo mi dała, do tej pory koncertujemy razem. Rozumiemy się na tyle dobrze, że możemy spontanicznie reagować na swoje nowe pomysły. Czy twój niezwykły głos ogranicza cię repertuarowo?
Niekoniecznie. Utwory barokowe nie są wyeksploatowane. Najlepszym dowodem jest moja płyta „Anima Sacra”, na której jest aż osiem światowych premier. Te utwory nie były wykonywane od trzystu lat. W tej dziedzinie jest mnóstwo do odkrycia.

Fot. Rafał Masłow

Czyli śpiewasz głównie repertuar barokowy?

Nie tylko. We współczesnej muzyce jest dla mnie coraz więcej możliwości, bo kompozytorzy lubią wykorzystywać głos kontratenorowy. Doceniają jego egzotykę. Razem z moim pianistą Michałem dajemy też dużo recitali z pieśniami romantycznymi: francuskimi, angielskimi, niemieckimi i polskimi, np. Karola Szymanowskiego.

A czego słuchasz prywatnie?

Dużo muzyki klasycznej instrumentalnej, bo lubię. Poza tym rapu, hip-hopu, house. To ma dobrą energię. Bardzo emocjonalnie odbieram muzykę.

Co teraz gra w twoich słuchawkach?

Ostatnio Lukas Graham, The Hilltop Hoods, Breakestra, Max Richter i Jurassic-5. Zawsze przesłuchuję całe płyty, bo interesuje mnie, jaka jest koncepcja artysty na całość. To inspirujące.

Miałeś 19 lat, gdy zacząłeś tańczyć breakdance. Jak odnajdujesz się wśród ludzi, którzy słuchają innej muzyki niż ta, z którą masz do czynienia na co dzień? Czy w środowisku hip-hopu czujesz się tak swobodnie jak w świecie muzyki klasycznej?

To jest właśnie najfajniejsze, że staram się „klasyków” otworzyć na świat i kulturę hip-hopu, a hiphopowców na muzykę, którą się zajmuję zawodowo. To przyszło z czasem, bo kiedy byłem w gimnazjum i w liceum to raczej nie chwaliłem się kolegom i koleżankom, że śpiewam w chórze chłopięco-męskim. Dziś przekonuję ich, że to wcale nie jest takie nudne.

Z pozytywnym skutkiem?

Zdecydowanie tak. Tym bardziej, że dzięki mediom społecznościowym widzą, że nie tylko stoję na scenie we fraku. Ciekawe jest dla nich to, co dzieje się pomiędzy koncertami – podróże, próby, styl życia, który wiąże się z tym, czym się zajmuję. Widzę zresztą, że na koncerty przychodzi coraz więcej młodych ludzi.

To twoja zasługa?

Myślę, że tak. Przyciągają ich moje relacje internetowe, bo działam intensywnie w mediach społecznościowych.

To cię wyróżnia w branży operowej?

Coraz więcej śpiewaków jest aktywnych w ten nowoczesny sposób. Wizualna strona mojej pracy jest dziś bardzo ważna. Dźwięk musi być na doskonałym poziomie, ale teledyski i zdjęcia to niezbędny element w naszym „wzrokowym” świecie. Mój kolega, światowej sła- wy kontratenor Anthony Roth Costanzo, do swojej ostatniej płyty nagrał dziewięć świetnych teledysków. To kosztowna inwestycja, ale opłacalna.

Fot. Rafał Masłow

A jak na hiphopowca reagują ludzie z branży klasycznej?

Budzę ciekawość. Bo wydaje się, że te dwa światy są nie do pogodzenia. A ja je łączę i na scenie wykorzystuję sprawność wypracowaną w tańcu.

Śpiewacy są równie życzliwi i bezpośredni jak hiphopowcy?

Dystans jest większy, ale też zdarzają się miłe niespodzianki. Miałem niezwykłe spotkanie z Mariuszem Kwietniem (śpiewakiem operowym o międzynarodowej sławie – przyp. red.). Przyjechał kiedyś do Warszawy na warsztaty, których byłem wolnym słuchaczem. Był oblegany. Ponieważ wiedziałem, że zaczynał jako kontratenor, podszedłem i zapytałem, czy mogę wysłać mu kilku pytań e-mailem.

Odpowiedział?

Nie tylko odpowiedział! Zrobił coś więcej. Na moją wiadomość odpisał, że będzie w Krakowie i może znaleźć dla mnie czas. Akurat wybierałem się tam na zawody breakdance'owe, więc pojechałem dzień wcześniej. Mariusz załatwił salę w Operze Krakowskiej, a ja pianistkę. Dał mi lekcję śpiewu, porozmawialiśmy. Później pomógł mi, kiedy miałem występować w finale konkursu w MET. Byłem potwornie spięty – w końcu miałem wyjść na scenę przed czterema tysiącami ludzi. Mariusz był wtedy w Nowym Jorku. Przyszedł na finałowy występ i dodał mi sił przed koncertem. To wielkie wsparcie.

Scena to określony wygląd. Jak czujesz się w operowej wersji?

Ze strojami operowymi bywa różnie, wiele zależy od inscenizacji. Jestem dość ruchliwy. Kiedy przygotowywane są kostiumy do spektakli, uprzedzam, że potrzebuję elastycznych spodni, bo poruszam się dynamicznie. Nie zawsze mnie słuchają i czasem kostium rwie się na próbie generalnej. Ale ostrzegałem... Koncerty śpiewam w pięknym garniturze. Lubię dodać do niego coś oryginalnego, najczęściej czerwone skarpetki i poszetkę. Czuję się wtedy odświętnie.

Jesteś w nieustającej podróży. Co w twoim wydaniu oznacza „życie na walizkach”? Coś mi podpowiada, że jesteś minimalistą...

(Jakub wzdycha) Kiedy mieszkałem w Stanach, miałem jedną wielką, czerwoną walizkę, w której mieściło się wszystko. Teraz podróżuję z czarną, średnią. Napchana waży jakieś szesnaście kilo. Do tego plecak, z którym się nie rozstaję.

A co w nim jest?

Słuchawki, szczotka do zębów, sprzęt do rozciągania, klucze do domu.

Gdzie mieszkasz?

Nigdzie. Nie mam swojego miejsca. To przykre, ale i fajne, bo nie muszę płacić czynszu. Ukończyłem Juilliard 17 maja 2017 roku, a cztery dni później byłem na planie produkcji w Aix-en-Provence. Od tamtej pory jestem w trasie.

To Juilliard otwiera drogę do takiej liczby zleceń?

Nie tylko. Już wcześniej pracowałem w Europie i startowałem w wielu konkursach. Na początku nie wygrywałem prawie nic i odpadałem w pierwszych rundach, ale jeśli w jury jest osiem osób, zawsze ktoś cię zapamięta. Tu coś zaśpiewasz, tam cię ktoś usłyszy. Kiedy wyjechałem do Stanów, nieźle zawalczyliśmy z Michałem.Wygraliśmy prawie wszystko, co się dało.

Jak znosisz fizycznie ciągłe podróże? Wyglądasz na wypoczętego.

Mam specjalną maskę, która zapewnia większą wilgotność powietrza w samolocie, i okulary przeciwsłoneczne, które kupiłem specjalnie z myślą o lataniu. To lustrzanki, bo nie lubię, gdy ludzie patrzą, jak śpię. Zakładam zimową czapkę, bo jest miękka i mogę się w niej oprzeć o szybę. Mam swoją ulubioną bluzę z kapturem, w której podróżuję. I szalik. No i najważniejsze – wysokiej jakości słuchawki z systemem wyciszającym. Dzięki nim nie słyszę silników i mogę odpocząć.

Mógłbyś napisać poradnik dla podróżnych. Czy jednak w takim życiu, jakie prowadzisz, można mieć udany związek?

Można. Wszystko zależy od chęci. Trzeba tylko zaakceptować, że widzisz się z kimś raz na miesiąc. Inaczej jest ciągła walka i tęsknota.

Myślisz o założeniu rodziny?

Bardzo chcę mieć rodzinę i dzieci. I być przy nich. Mój brat jest właśnie takim „obecnym” ojcem. Jest dla mnie wzorem.

Będziesz zabierał dziecko w trasę koncertową?

Nie wiem, jak to będzie wyglądało, ale rodzicielstwo jest dla mnie czymś wspaniałym i nie chcę go przegapić.

Masz czas, by zwiedzić miejsca, w których jesteś służbowo?

Nie, ale to robię. Nie byłbym sobą, gdybym nie zobaczył choć kawałka miasta, w którym właśnie śpiewałem. Zdarzają się wtedy niezwykłe przeżycia. Takie jak prywatne zwiedzanie słynnego futurystycznego domu Pierre’a Cardina – Palais Bulles, połączone z kąpielą w basenie. Zostałem tam zaproszony, kiedy występowałem na festiwalu w Saint-Paul de Vence na południu Francji.

Wracasz dokądś regularnie?

Do Paryża i Nowego Jorku. W Wielkim Jabłku mam swoją agencję i masę znajomych. W Paryżu znam mnóstwo ludzi.

To znajomi ze środowiska tanecznego?

To życzliwe towarzystwo. Tu nawet legendarni mistrzowie traktują innych po kumpelsku. Środowisko się zna. Bez problemu odnajduję swoich, gdy zatrzymuję się w jakimś mieście. Od razu wiem, dokąd pójść na trening, choć ze względu na śpiew nie mogę ostro ćwiczyć.

Szkoda ci tego?

Bardzo. Trening mogę wykonać na 50 procent. Czasem pozwalam sobie na więcej, kiedy mam kilka dni wolnego od śpiewania.

Śpisz w hotelach?

Jeżeli pracodawca je zapewnia, to tak, ale gdy podróżuję sam, wolę zatrzymać się na kanapie u znajomych.

Nawet teraz? Twoje stawki są już chyba wysokie?

Poprawiają się. Ranga artysty wzrasta z wiekiem i dorobkiem. A ja pracuję bardzo dużo. Niedawno wyszła też moja płyta. Choć był to bardzo ryzykowny projekt.

Dlaczego?

Bo jestem młody. To było pierwsze moje solowe nagranie. Samo wybranie repertuaru trwało półtora roku. Poszukiwał go współpracujący ze mną Yannis François. Nie chciałem wchodzić na rynek z popularnymi kompozycjami Haendla czy Vivaldiego, bo bardzo szybko zostałbym porównywany do wszystkich moich idoli. Pragnąłem w swojej pierwszej solowej płycie umieścić cząstkę siebie, coś, co znaczy dla mnie bardzo dużo. Inspiracją do albumu „Anima Sacra” była muzyka sakralna. Tam dźwięki potrafią sięgnąć doskonałości i sprawiają, że czujesz, naprawdę coś czujesz... I to uczucie cię ogarnia.

Byłeś zestresowany nagraniem?

Tak. Pracowaliśmy osiem dni – trzy dni trwały próby, pięć nagrania po osiem godzin dziennie. Miałem szczęście pracować z Il Pomo D’oro – jedną z lepszych orkiestr barokowych i świetnym dyrygen- tem Maximem Emelyanychevem. Dla mnie jest geniuszem. Reakcje na płytę są świetne. I poważnych krytyków, i fanów.

Planujesz kolejną płytę?

Mam podpisany kontrakt na dwie, a pomysłów na sześć kolejnych. Drugą płytę nagrywam w marcu.

Utrzymujesz kontakt z fanami?

Bardzo lubię poznawać ludzi. Odpowiadam na wszystkie wiadomości, które dostaję, a jest ich mnóstwo. I często wychodzi z tego coś fajnego. Kiedyś dostałem propozycję sesji zdjęciowej. Jak się okazało, odbyła się w świetnym studiu, a fotograf był profesjonalistą. Powstał genialny materiał i do tej pory jesteśmy w kontakcie. Innym razem dostałem e-mail ze zdjęciem biletów na wszystkie moje występy do marca włącznie. Byłem w szoku, kiedy zorientowałem się, że są ludzie, którzy jeżdżą na wszystkie moje koncerty.

Czyli można powiedzieć, że masz groupies?

(śmieje się) Nie wiem. Wiem tylko, że moja publiczność jest dla mnie ważna. To, że na koncercie jest pełna sala, a potem ludzie stoją w kolejce po autografy, naprawdę mnie porusza. W takich chwilach widzę sens swojej pracy.

Wywiad ukazał się w styczniowym numerze Fashion Magazine z Zuzanną Bijoch na okładce (01/2019). Kupicie go tutaj >> 

Czytaj dalej