Streetwear i pop-art w nowej kolekcji PROSTO

W swojej najnowszej kolekcji marka PROSTO łączy dwa nurty mające swoje źródło w poprzednim wieku – pop-art i streetwear. Jedna z ciekawszych polskich marek streetwearowych zaskoczyła swoich fanów niecodziennymi barwami i wzorami inspirowanymi twórczością wybitnych przedstawicieli tego nurtu w sztuce.

PROSTO w swej kolekcji dla kobiet i mężczyzn stawia na pastelowe barwy, wyraziste wzory i akcenty utrzymane jak zwykle w sportowej estetyce zdominowanej przez duże logo i seksowne formy. Skąd wziął się pomysł na najnowszą odsłonę marki? Z fascynacji dwoma nurtami, które zrodziły się w latach 70. Pierwszy z nich – streewear, wywodzi się z kultury surfingu i skateboardingu Zachodniego wybrzeża USA. Natomiast drugi to słynny pop-art – nurt sztuki, który rozwinął się w wielkich miastach Wschodniego Wybrzeża i Europy.  Największy wpływ na powstanie tej kolekcji miała twórczość dwóch artystów tego nurtu – Jean Daniel Lorieux’a i Cheyco Leidmanna’a. Pierwszy z nich, francuski fotograf, znany ze współpracy z Andym Worholem, stworzył kultowy album „Coconuts”. Zdjęcia jego autorstwa zostały nadrukowane na bluzy i t-shirty marki oraz stały się motywem przewodnim kampanii zrealizowanej na wyspie Santorini. Leidmann był natomiast twórcą przejaskrawionych i surrealistycznych magazynów (zinów), które komentowały lata 70. i 80. oraz ich blichtr. Zabawa pop-artem w najnowszej kolekcji PROSTO to hołd dla artystów i transformacja sztuki na streetwearowy grunt. Taki mariaż bardzo nam się podoba!

ZobaczSchowaj komentarze

Przeprojektowane LPP 


LPP szturmuje Londyn. Teoretycznie nie ma w tym nic ekscytującego – w końcu polski (a właściwie to środkowoeuropejski) lider detalicznej sprzedaży ubrań, założony w 1991 roku, już od 2002 roku stara się pozyskać zagranicznych klientów. Polską konfekcję z metką Reserved (i nie tylko) noszą już Niemcy, Ukraińcy, Słowacy, Litwini, właściwie wszyscy nasi sąsiedzi, a do tego Rosjanie i spora część mieszkańców Półwyspu Bałkańskiego. Londyn można traktować więc jako, po prostu, kolejne miasto. A jednak, jest w tym otwarciu pewien istotny detal. Pierwszy sklep w Anglii, umiejscowiony w samym środku jednej z czterech największych światowych stolic mody, jest prawdziwym testem, przy okazji którego, a raczej z powodu którego, Reserved postawiło sobie nowe cele – większą transparentność i otwartość, a co najważniejsze – wprowadzenie do sprzedaży prawdziwie modnego produktu, linii Re.Design, która ma konkurować z asortymentem ugruntowanych globalnych marek oferujących „szybką modę”. Nowe kierunki, nowe deklaracje, nowe wzornictwo. LPP wie, że ma się czym chwalić i chwaliło się sukcesywnie przez trzy miesiące, zapraszając dziennikarzy i stylistów na dwie konferencje, a w końcu, na wielkie londyńskie otwarcie.

 

Przeprojektowane LPP 

Re.design kampania

Zacznijmy od tego, co prawdopodobnie najbardziej ciekawi sceptyków – czy Reserved będzie w końcu „w trendzie”? Czy warto będzie zaglądać do ich sklepów, nie tylko w poszukiwaniu każualu i neutralnych estetycznie ubrań w przystępnych cenach, ale i charakterystycznych wzorów inspirowanych wybiegami i stylem ulicy? Zapowiada się, że tak. Nowa linia, utrzymana w świeżej, aktualnej i modnej stylistyce, została symbolicznie nazwana Re.Design. Zaprojektowane na nowo. Trzeba przyznać, że jest to prawdziwy skok milowy w historii marki Reserved. I to pod wieloma względami. Co jest w niej najbardziej zaskakującego? Według mnie fakt, że męska sekcja jest o wiele ciekawiej zaprojektowana niż damska. To właściwie ewenement i nie przypominam sobie podobnej historii. Reserved naprawdę zaszalało z propozycjami dla panów – obszerne przeskalowane płaszcze, wełniane i puchowe, modnie skrócone nogawki odsłaniające kostki, dżinsy z lampasem, ba, garnitury z lampasem (!), po raz kolejny reanimowany sztruks, tym razem gruby, mięsisty i strukturalny, bardzo wyraziste grafiki i kolaże zdjęć, komplety inspirowane ejtisowymi kreszowymi dresami. Linia damska również prezentuje się intrygująco, ale jest mniej zaskakująca, bo kobiety cieszą się o wiele większą swobodą w tworzeniu własnego wizerunku. Grungowe łączki, dżinsowe komplety czy skórzane spodnie (wycenione na tysiąc złotych, to może być szok, dla dotychczasowych klientek) nie robią już tak piorunującego wrażenia. Do tego modne metaliczne puchówki, przepastne skórzane kurty z sznurowaniami na rękawach, piżamowe komplety, które od kilku sezonów na dobre rozgościły się w szafach modniś podążających za trendami, falbany, kwiatki, transparentności. Prawdziwym hitem wzbudzającym ogromne zainteresowanie był czerwony sweter (blend wiskozy, poliamidu, wełny i moheru) z uroczym dzierganym napisem „młodzi” umiejscowionym na plecach. Spore kontrowersje wzbudza sweter z głębokim dekoltem, w deseń składający się z polskich znaków diakrytycznych, który dość sugestywnie przywodzi na myśl płaszcze polskiej marki Pan tu nie stał. Mimo, że trudno mówić tu o ordynarnej podróbce, ewentualnie o pewnym nawiązaniu, to takich sytuacji zdecydowanie mądrzej byłoby po prostu unikać. Całość jest jednak spięta konsekwentną klamrą, propozycje komplementują się nawzajem i można je bez problemu łączyć w różne zestawy, a oferta jest więcej niż pełna. Jakość wykonania, podobnie jak wzornictwo, również stoi na wyższym poziomie. Składy surowcowe nie straszą. Pierwsze modele z Re.Design trafiły już do sprzedaży w sklepie internetowym marki.

Kampania z Kate Moss w Londynie

Test z nowej kolekcji Reserved przeszło praktycznie z wyróżnieniem. Produkt potrzebuje jednak oprawy, w tym przypadku nowego sklepu w Londynie. Jak się prezentuje? Przede wszystkim jego lokalizacja jest wręcz fe-no-me-na-lna. Umiejscowienie go przy Oxford Street, prawdziwym zakupowym szlaku, to mocna deklaracja – polska firma z przytupem wchodzi do rywalizacji z największymi graczami z sekcji „szybkiej mody”. W najbliższej okolicy znajdziemy niemal kompletny zestaw marek, które walczą o dominację na globalnym rynku. A wśród nich Reserved, z obszernym jednopiętrowym sklepem, urządzonym nowocześnie i wygodnie, przestronnym i urozmaiconym wyspami-donicami, na których można usiąść i podładować sprzęt elektorniczny, dzięki wbudowanym portom USB. Klientów wita szpaler manekinów w obłędnych siwych perukach, a kolekcja Re.Design jest świetnie wyeksponowana na platformach. Za kasami pulsują olbrzymie ekrany, sufit zdobi patchwork geometrycznych paneli, kolorystyka jest neutralna, utrzymana w beżach, czerni i szarościach, z elementami surowego drewna. Minusy? Brakuje nieco roślinności, która jest jednym z najpopularniejszych trendów w aranżacji przestrzeni sprzedażowych. Powiedzmy sobie jednak wprost – w Polsce podobnej przestrzeni sprzedażowej tej marki nie uświadczymy. Miejmy nadzieję, że to się szybko zmieni.

Otwarcie, które miało miejsce 6 września, zdawałoby się być zaplanowne niezbyt atrakcyjnie, bo w godzinach przedpołudniowych i to w środku tygodnia. Przyciągnęło jednak sporo, a wręcz zaskakująco wielu, zainteresowanych nowościami Londyńczyków. Dobrą przynętą z pewnością była Kate Moss, która pojawiła się na kilka chwil, wprowadzona do wnętrza przez cudowny zespół tancerzy stylu vogue importowanych z Nowego Jorku, którym akompaniowała w obłędnym transowym tempie wokalistka i tancerka o imponującym głosie – Princess Precious. Dla wielbicieli dodatkowych atrakcji były przeznaczone spotkania z lokalnymi gwiazdami modnego blogowania, a dla wybranych urocze „roof party”, które miało miejsce w tym samym budynku, którego fragment mieści w sobie London College of Fashion. Takie sąsiedztwo nie mogło zostać potraktowane obojętnie, LPP planuje rozmaite formy współpracy z uczelnią i jej studentami. Ta kwestia należy jednak jeszcze do przyszłości, więc nie mogę podać żadnych konkretów.

Kate Moss na otwarciu butiku w Londynie

Tancerze w czasie otwarcia butiku w Londynie

Kate Moss na otwarciu butiku w Londynie

Kate Moss w czasie otwarcia butiku Reserved w Londynie

Wieść niesie, że pierwsze modele z kolekcji Re.Design sprzedają się zdecydowanie lepiej w Londynie, niż w Polsce. Nie ma w tym jednak nic zaskakującego. Ceny w Reserved są dla Brytyjczyków jeszcze atrakcyjniejsze niż dla Polaków, tym bardziej w kwestii limitowanej i lepszej jakościowo kolekcji. Nie wspominając nawet o zdecydowanie większym zapotrzebowaniu na rzeczy charakterystyczne, odbiegające od klasycznej konfekcji. Oczywiście w asortymencie nie zabrakło też tradycyjnych bluzeczek upstrzonych dżetami, ale prawda jest taka, że choć w Londynie jest nieporównywalnie więcej dobrze i ciekawie ubranych ludzi, to pewne różowo-błyszczące fascynacje są absolutnie pozbawione granic.

@reserved #grandopening #london #polishbrand #polishfashion #store #oxfordstreet

A post shared by Freestyle Voguing (@freestylevoguing) on

Tyle o kolekcji i otwarciu sklepu. To jednak dopiero początek wrażeń, które udało mi się zebrać przez ostatnie trzy miesiące. Kto bliżej przyglądał się historii LPP, ten wie, że firma ta należy do zdecydowanie tajemniczych. Lakoniczne komunikaty, praktycznie zerowe próby tworzenia nowoczesnego zaangażowanego wizerunku, nieudolne i spóźnione działania kryzysowe, a nad dodatek ten tajemniczy prezes – Marek Piechocki, który strzeże swojego oblicza równie skutecznie, co Fort Knox złota. Nie bez przypadku już na początku wspominam o tej postaci. Wielkie otwarcie londyńskiego sklepu poprzedzały dwie konferencje, które odbyły się w lipcu i sierpniu. W obu miałem okazję wziąć udział. Pierwsza, kusząca hasłem „LPP made in Poland”, skierowana była głównie do dziennikarzy biznesowych i kilku przedstawicieli mediów traktujących o modzie. Już na samym wstępie szeregu spotkań i wystąpień, pierwszym czego się dowiedzieliśmy, był fakt, że prezes ceni sobie swoją prywatność, a co za tym idzie, obowiązuje nas absolutny zakaz robienia mu zdjęć. Argumentacja Marka Piechockiego była prosta – jest zwykłym człowiekiem, a jego dzieci, równie zwykłe co on, podróżują do szkoły środkami publicznego transportu, więc anonimowość jest dla nich niezwykle cenna. A poza tym – „nie ma on ani helikoptera, ani Bentleya”, więc czym tu się właściwie ekscytować? Można się zastanawiać, czy bycie prezesem ogromnej spółki (od 2001 roku LPP jest notowane na giełdzie) ma sens, jeśli się nie ma nawet małego helikoptera, uznajmy jednak, że to po prostu pewien rodzaj ekstrawagancji, podobnie jak fotograficzne obostrzenia. Zresztą, czy to tak naprawdę istotne, szczególnie w świetle innych ważkich spraw, takich jak lokalna produkcja, czy społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR)? A tych oczywiście nie zabrakło. Pierwszy segment konferencji należał państwa Wróblewskich, małżeństwa, które działając pod szyldem Fundacji Innowacji Społecznych w Gdańsku, otworzyło przy wsparciu LPP (prace remontowe), wyjątkowy, 16-pokojowy hotel SoStay. Jego wyjątkowość i społeczna odpowiedzialność opierają się na prostej i nowatorskiej metodzie – zatrudnienie znajdują tam wychowankowie domów dziecka, którzy mogą tam zdobywać pierwsze kompetencje zawodowe na płatnych, trzymiesięcznych stażach. Przychód generowany przez hotel, w którym odbywała się część spotkań z prasą, jest reinwestowany w programy edukacyjne. Oczywiście, ten mecenat LPP jest zaledwie kroplą w morzu potrzeb i, co warto wypunktować – możliwości, ale jest to bez wątpienia logiczny i rozsądny początek aktywności wykraczających poza stricte komercyjne cele, jakie stawia sobie korporacja. Nawet jeśli nie wierzymy w podobny altruizm i tłumaczymy podobne działania w sposób wyłącznie wyrachowany, nastawiony na sumę zysków i strat, to wszelkie próby dyskredytowania są skazane na porażkę. Aktywizowanie młodych ludzi, dla których wejście w dorosłość i zdobycie samodzielności jest trudniejsze, bo naznaczone problemami i dramatami rodzinnymi, jest wartością samą w sobie, bez względu na okoliczności.

Kampania z Kate Moss w Londynie

Ponieważ LPP chce definitywnie rozwiać aurę tajemnicy, która je spowija, podczas konferencji zostało nam też zaprezentowane serce firmy, a raczej jego dwa serca. Pierwszym odwiedzonym przez prasę „organem pompującym ubrania” było niesamowite centrum dystrybucyjne LPP w Pruszczu Gdańskim. Przyznam, że ten ogromny obiekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Przywdziawszy szokujące neonowe kamizelki robocze z napisem „gość” i dziękując opatrzności, że hełmy ochronne nie były potrzebne, zostaliśmy wpuszczeni w tajemniczy świat dystrybucji i spedycji. Trudno jest odmalować ten techniczny obraz słowami laika, ale wyobraźcie sobie nieskończone nitki pasów transmisyjnych, splątanych, przecinających się, wielowarstwowych, prowadzących we wszystkie możliwe kierunki, na których lądują, z centymetrową dokładnością, automatycznie wyrzucane (lub ręcznie, w przypadku produktów o niestandardowych rozmiarach), pojedyncze sztuki odzieży. W powietrzu unosi się nieustanny szum. Regały pełne pudeł są wysokie na trzydzieści metrów, pakunki przenoszą robotyczne chwytaki. Wszystko jest wielkie i zoptymalizowane do jak największej wydajności, przy zminimalizowaniu ryzyka pomyłek. Dopiero wizyta w takim miejscu naprawdę pozwala zrozumieć skalę przedsięwzięcia, jakim jest wielki koncern odzieżowy, mający pod kontrolą ponad 1700 sklepów. Tu ciekawostka – osoba odpowiedzialna za ten technologiczny cud pracuje w firmie niemal od samego początku. Marek Piechocki podczas tej wycieczki wielokrotnie podkreślał, jak ważna jest dla niego ekipa pracowników, punktując to konkretnymi przykładami – większość osób, które w 1991 roku współtworzyło LPP, jest teraz w jej zarządzie, albo piastuje wysokie menadżerskie stanowiska, jak również wspominając o tym, że każda osoba, która przepracuje w firmie dekadę, dostaje w prezencie grawerowany zegarek Longines.

Today I'm visiting almost secret #lpp #distributioncenter in #gdansk #quiteexciting #imagechange #warehouse

A post shared by Freestyle Voguing (@freestylevoguing) on

W centrum dystrybucyjnym znajduje się również pewien ciekawy zaułek – alejka wyglądająca niczym żywcem przeniesiona z centrum handlowego, zapełniona witrynami marek LPP, na których testuje się nowe wystroje i aranżacje. Znajdziemy tam też Tallindera, markę z sieciowej półki premium, która po roku działaności została zlikwidowana. Ponoć jej stworzenie zdrenowało inne działy projektowe z najzdolniejszych pracowników, przez co ucierpiały inne marki. Nie da się jednak uniknąć wrażenia, że za fiasko Tallindera w znacznym stopniu odpowiadała też nieprzemyślana koncepcja marki, a w szczególności jej materiałów reklamowych i komunikacji.

Kampania Reserved x Kate Moss

Ważnym elementem zwiedzania centrum dystrybucyjnego były kolejne prezentacje. Marek Piechocki, niemal z łezką w oku, opowiadał o początkach firmy w latach 90., pokazywał stare klasery z pierwszymi projektami i wczesne przestrzenie sprzedażowe. Deklarował też duże zainteresowanie zwiększeniem lokalnej produkcji. Tu wrócę do zaproszenia na to wydarzenie, które podawało następujące liczby: „5.000.000 / 50”. Pierwsza odnosi się do planowanej na 2017 rok lokalnej produkcji sztuk odzieży, a druga do ilości polskich szwalni, z którymi LPP współpracuje. Jak się okazuje, to co tak bardzo nas pociąga, czyli kupowanie produktów z metką „Made in Poland”, jak również ich eksport, napotyka bardzo istotną przeszkodę – brak pracowników. Tu w sukurs prezesowi Piechockiemu przyszła Monika Królik, właścicielka sieci wyspecjalizowanych szwalni P.P.H.U. AKKO, która na podstawie własnych doświadczeń opowiadała o problemach ze znalezieniem pracowników. Przede wszystkim, jak można było podejrzewać, są to zmagania na poziomie szkoleniowym i marna edukacja, a te z kolei wiążą się z niezbyt dobrym wizerunkiem tego zawodu pośród młodych ludzi zastanawiających się nad wyborem życiowej profesji. Media też zrobiły swoje – relacjonując dramaty upadających w latach 90. szwalni, nieświadomie dołożyły swoją cegiełkę do budowania bardzo negatywnego i pozbawionego przyszłości obrazu tego zawodu. Czasy się zmieniły, branża również. Praca jest, i co ważne, jest to praca, do której można się przyuczyć w zakładzie. Monika Królik opowiadała też, że wyobrażenie o trudnej i niewdzięcznej doli szwaczek i szwaczy coraz mocniej odbiegają od zmieniających się na plus realiów – jej zakłady są wyposażone w nowoczesne maszyny, które w zautomatyzowany sposób wykonują coraz bardziej skomplikowane zadania, a ich obsługa jest stosunkowo prosta. Monika Królik deklaruje: „My zapewniamy etaty, płacimy ZUS, zatrudniamy w stabilnej firmie”. Pracowników jest jednak ciągle zbyt mało. Przy okazji podano też dane GUS: w Polsce funkcjonuje prawie 13 tysięcy zakładów produkujących odzież, ale w większości – 83%, są to mikrofirmy, zatrudniające maksymalnie 9 osób, kolejne 14% zatrudnia maksymalnie 49 osób. Tak małe zakłady nie są w stanie sprostać dużym zamówieniom. Problemy z zatrudnieniem szwaczek to dopiero czubek góry lodowej trudności związanych z lokalną produkcją, brakuje nie tylko szwaczek, ale i specjalistycznie wykwalifikowanych pracowników – konstruktorów, materiałoznawców, technologów produkcji, czyli wszystkich tych zawodów, które nie są równie atrakcyjne, jak projektant mody czy stylista. Rynek jednak próżni nie znosi, więc zakłady zatrudniają Ukraińców i Białorusinów, dzięki którym mogą przyjmować więcej zamówień. A dlaczego Monika Królik ceni sobie współpracę z LPP? Odpowiedź jest prosta – stałe zlecenia i opłaty realizowane na czas pozwalają jej spokojnie i komfortowo planować rozwój firmy. Dzięki temu wprowadza kolejne nowoczesne rozwiązania, choćby japoński system pracy, czyli szycie w pozycji stojącej, co zapewnia zarówno większą wydajność, jak i zmniejsza monotonność wykonywanych czynności.

Kampania z Kate Moss w Londynie

Oczywiście lokalne szwalnie to tylko mały wycinek tego produkcyjnego krajobrazu. Po tragedii w bangladeskich zakładach produkcyjnych w Rana Plaza (2013 rok) wiele rozczarowanych spojrzeń wylądowało na logotypie LPP. Temat warunków pracy w egzotycznych szwalniach regularnie rozpala emocje opinii publicznej. Indie, Chiny, czy teraz nawet Afryka (tak zwane „nowe Chiny”, bo stare są coraz droższe) pobudzają wyobraźnię potencjalnych klientów, ale czy koniec końców wpływają realnie na decyzje konsumenckie? Nie. Bojkotujący z powodów ideologicznych najczęściej od początku nie byli klientami marki, a niezdecydowani i tak koniec końców sugerują się głównie ceną, a nie miejscem produkcji, warunkami pracy czy moralnymi dylematami. Niesmak jednak pozostał, tym bardziej, że LPP wykonało popisowy przykład, jak źle reagować w kryzysowych sytuacjach. Czy jednak firma odrobiła swoją lekcję? Czy presja środowisk walczących o prawa człowieka i pracownika na coś się dała? Tak. W ostatnich dwóch latach, 16 milionów złotych zostało wydanych na „zwiększenie kontroli i poprawę bezpieczeństwa pracy w azjatyckich zakładach”. 16 milionów to 9% zysku tego przedsiębiorstwa. LPP nawiązało współpracę z firmą SGS, która zajmuje się, między innymi, audytami w zakładach produkcyjnych. Proces weryfikacji partnerów LPP, przeprowadzany na podstawie stworzonego w 2015 roku „Kodeksu Postępowania”, zaczął się w maju bieżącego roku. Kodeks to zbiór zasad określający wymagania dotyczące podwykonawców i jest w całości dostępny w Internecie. Znajdziemy w nim, między innymi, takie wytyczne: „Wynagrodzenie pracownika nie może być niższe niż płaca minimalna obowiązująca w danym kraju i powinno być wystarczające do zaspokojenia podstawowych potrzeb bytowych pracowników oraz ich rodzin”, pojawiają się też informacje o zakazie zatrudniania osób poniżej 15 roku życia, szkoleń z zakresu bezpieczeństwa czy dostępu do sanitariatów. Największym zainteresowaniem polskiego giganta odzieżowego cieszą się oczywiście bangladescy producenci, dlatego w 2015 roku w Dhace powstało specjalne biuro LPP, zajmujące się kontrolą łańcucha dostaw, zatrudniające na stałe 21 osób. Oprócz współpracy z SGS, LPP robi też audyty na własną rękę, wedle informacji prasowej przeprowadzono ich już 6,5 tysiąca, w tym 1,5 tysiąca w samym Bangladeszu. LPP podpisało też porozumienie ACCORD (bangladeska organizacją zajmująca się bezpieczeństwem, również ogniowym, budynków), a co za tym idzie skontrolowało pod tym kątem 80 fabryk, w tym 30, dla których jest głównym zleceniodawcą, cytując informację prasową:

„W niemal wszystkich fabrykach realizowane są plany naprawcze, a ¾ zmian zostało już wdrożonych. Ten wynik jest porównywalny ze średnią dla wszystkich fabryk kontrolowanych przez audytorów ACCORDU. W efekcie wspólnych działań organizacji ACCORD oraz LPP, w ponad 90 proc. fabryk wymieniono lub zmodernizowano instalacje elektryczne, co pozwoliło wyeliminować potencjalne zagrożenia i zachować wymagane standardy. W ok. 75 proc. fabryk zainstalowano też wymagane zabezpieczenia przeciwpożarowe. Ponadto w niemal 60 proc. skontrolowanych zakładów wzmocniono konstrukcję budynków – odsetek ten jest nieco mniejszy, ponieważ część właścicieli fabryk zdecydowała się przenieść produkcję do bezpiecznych budynków, zamiast eliminować zagrożenia w dotychczas wykorzystywanych obiektach.”

#LPP #distribution #center. Height? "Only" 18 #meters #fearofheights #workatheights

A post shared by Freestyle Voguing (@freestylevoguing) on

Na 2018 rok LPP deklaruje chęć raportowania danych pozafinansowych w międzynarodowym standardzie GRI Standards, czyli w kategoriach zrównoważonego rozwoju. Pytanie tylko ile osób będzie zainteresowanych podobnym raportem, skoro nie niesie go już fala całkiem medialnej tragedii.

Po spotkaniu w centrum dystrybucyjnym (podobne stoi w Rosji, a budowa kolejnego planowana jest nieopodal pierwszego – w Pruszczu Gdańskim), zostaliśmy przetransportowani do drugiego serca marki – siedziby, w której mieszczą się pracownie projektowe, wzorcownie i całe zaplecze kreatywne marki. Jeśli ktoś się kiedyś zastanawiał, co robią absolwenci wielu polskich szkół mody, które rok w rok wydają na światło dzienne kilkuset, minimum 200 absolwentów kierunku projektowania ubioru (i pochodnych) to już podpowiadam – znajdują pracę w LPP. Zmiany nie ominęły też działu kreatywnego – poszczególne departamenty powiększyły się od 50 do 70 nowych pracowników, zmniejszyły się za to zespoły produktowe (każdy element kolekcji, czy to spodnie, czy na przykład płaszcze, jest projektowany przez oddzielne zespoły, które wspólnie współtworzą całe sezony) w których pracuje od 7-15 osób. Zyskały one za to większą decyzyjność, i ale odpowiedzialność. Kolejną nowością było zatrudnienie Sho Kondo na nie istniejącym do tej pory stanowisku Dyrektorka Kreatywnego, który został odpowiedzialny za nadzorowanie pracy projektantów i uruchomienie kolejnego biura projektowego Reserved w Warszawie. Sho Kondo ma w swoim portfolio pracę dla takich marek jak Balenciaga, Haider Ackerman, Isabel Marant, Zara i Maison Martin Margiela.

W trakcie wycieczki został nam też zaprezentowany przedsmak kolekcji z limitowanej linii Re.Design. I w tym momencie możemy płynnie przejść do kolejnej konferencji, poświęconej wyłącznie nowym propozycjom Reserved, ale zanim to nastąpi, mam małą anegdotkę na temat prezesa marka Piechockiego. Po skończonych odwiedzinach w pracowniach projektowych, czekając na taksówkę przed siedzibą firmy, podjechał do nas tajemniczy kolarz. Zeskoczył z roweru, zaprezentował zgrabną sylwetkę spowitą w sportowe ciuchy z widocznymi logotypami LPP i lekko kokieteryjnie odsłonił twarz – potwierdzam więc, prezes nie jeździ Bentleyem, tylko na rowerze. I zaręczam, bo znam się na takich sztuczkach, nie było w tym ani grama reżyserii.

Kate Moss w kampanii dla Reserved w Londynie

Druga konferencja (sierpień), która miała miejsce w sławnej i historycznej Stoczni Gdańskiej, zdecydowanie bardziej obfitowała w gości, a to za sprawą wyczarterowania pokaźnej grupy brytyjskich dziennikarzy i blogerów wprost do Polski. Ekipa polskich mediów również była pokaźniejsza. Brytyjczycy mogli się zapoznać ze skróconą historią firmy, jak również z pigułką na temat upadku komunizmu i czasów okrutnej reformacji. Egzotyczne zdjęcia pustych półek sklepowych, szturmów przypuszczanych na sklepy spożywcze i kartek pozwalających kupić reglamentowane towary zrobiły na nich spore wrażenie. Zdecydowanie większe, niż informacja, że jedyny prawdziwy szekspirowski teatr mieści się właśnie w Gdańsku. Kolejna prezentacja należała do Moniki Kapłan, która po kilku latach separacji wróciła na łono LPP. Między 2007 a 2012 rokiem tworzyła strategię dla takich marek, jak: Resreved, House, Cropp i Mohito, po czym zajęła się tworzeniem swoją własnej małej agencji konsultacyjnej Pink Cigarette. Skuszona nowym wyzwaniem – wprowadzaniem marki na brytyjski rynek, piastuje teraz stanowisko Globalnej Dyrektorki Marketingu i jest odpowiedzialna za wszystkie 19 krajów, w których firma sprzedaje swoje produkty. Prezentacja Moniki Kapłan miała za zadanie zarysować specyfikę Polski, polskiego rynku i klienta, tworząc całkiem słuszną teorię, że jesteśmy narodem zbudowanych na kontrastach, zawieszonym miedzy wschodem i zachodem, tradycją i nowoczesnością, religią i progresywnymi ruchami społecznymi, pięknem i brzydotą, prowincjonalnością i kosmopolityzmem. Ta sieć sprzeczności stała się główną inspiracją dla kolekcji Re.Design, która ma za zadanie połączyć modę niszową z komercyjną, ukierunkowaną na tak zwanych millenialsów. Wybór modelki, która stała się ambasadorką marki na rynek brytyjski, czyli samej Kate Moss, również wpisuje się w tę koncepcję. Moss jest przecież zbudowana ze skrajności i dzięki temu zrobiła karierę. Jak się pracuje z taką super gwiazdą modelingu? Reserved postawiło na pełną dowolność – Moss sama wybrała fotografa, ubrania, lokalizację. Efekt może nie jest powalający, ale z pewnością był skuteczny. Reklamowy desant na miasto również zrobił swoje – „Zarezerwowana” Moss zdominowała całe centrum metropolii, spoglądając z przystanków autobusowych, publicznego transportu, taksówek i elewacji budynków. Brytyjczycy kochają swoją niepokorną supermodelkę i z chęcią robili sobie zdjęcia na tle plakatów reklamowych na długo przed otwarciem sklepu, promując wejście nowej marki w mediach społecznościowych. Sprytny i skuteczny ruch. Ostatnią pogadanka należała nowego dyrektora kreatywnego marki – Sho Kondo, który spełnia większość wyobrażeń na temat Japończyków – skromny, cichy, zdystansowany. Sho Kondo zwrócił uwagę na inspirację polskim stylem lat 80. i lokalną szkoła plakatu, delikatne militarne referencje, a także silne zorientowanie na aktualne trendy, czyli ogromną fascynację zachodniego świata estetyką krajów byłego bloku wschodniego, ale również pewnym paradoksalnym optymizmem i kreatywnością. Po teorii przyszła pora na praktykę, czyli w końcu prawdziwa konfrontacja między wszystkimi deklaracjami, a tym z co trafi do sprzedaży. W przestronnej sali, przy dziennym świetle, zostały nam zeprzentowane wzory z kolekcji Re.Design. Najbardziej radosny element tego spotkania? Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatni raz mogłem posłuchać polskich korporacyjnych projektantów, którzy z takim entuzjazmem opowiadaliby o swojej pracy, zamiast tłuc wymyślone przez komórkę PR-ową banały. To naprawdę odświeżające zdarzenie.

#itstoday @reserved #premiere in #london #grandopening #polishbrand #polishfashion #oxfordstreet

A post shared by Freestyle Voguing (@freestylevoguing) on

Czy Reserved ma szansę odnaleźć się na nowym wymagającym rynku i stworzyć równie nową, modną tożsamość? Wszystko zależy od tego, czy kolejna kolekcja Re.Design będzie na równie wysokim, a nawet jeszcze wyższym poziomie. Start był dopięty na ostatni guzik, a teraz trzeba tę formę utrzymać. Jest coś bardzo pociągającego w wizji, w której rdzennie polska marka, zatrudniająca dziesiątki tysięcy Polaków, o czym często i niestety zapomina się w rozgorączkowanych dyskusjach, sięga po to, co udało się osiągnąć szwedzkim czy hiszpańskim gigantom, znanym na całym globie. Potencjał, możliwości techniczne, zaplecze finansowe, utalentowani pracowni – LPP ma komplet, wszystko czego potrzeba, żeby wywalczyć swoje miejsce w tym bardzo konkurencyjnym świecie, którego rytm wybija szybkość, cięcie kosztów i bezwzględna rywalizacja. Metka „Made in Poland” już cieszy się powszechnym szacunkiem – w naszym kraju swoje produkty szyje wiele prestiżowych marek. Być może dołączy do niej hasło „zaprojektowane w Polsce”. LPP z pewnością nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, jestem przekonany, że ich plany dotyczące Reserved są jeszcze większe, a kolejne rynki nie są już tylko kwestią marzeń, ale konkretnych planów.

ZobaczSchowaj komentarze

Najgorętsze nowości z sieciówek: listopad 2017

TOPSHOP

SUKIENKA
ok. 300 zł

TOPSHOP

JEANSY
ok. 625 zł

H&M

SPODNIE
999 zł

H&M

SPÓDNICA
199 zl

ZARA

SWETER
139 zł

ZARA

BUTY
219 zl
Najświeższe informacje. Aktualne komentarze. Sprawdzone newsy. To wszystko stanowi jeden z filarów działu mody w Fashion Post. Bazujemy na bieżących wiadomościach ściśle związanych ze światem mody. W krótkiej formie przedstawimy najważniejsze wydarzenia. Mówimy o nietypowych formach reklamy. Opowiadamy o najnowszych trendach w modzie. Zdradzamy, co noszą gwiazdy. Wtajemniczamy w sekrety modelek. Nigdy nie zostajemy w tyle. Zależy nam na szybkości przekazu. Z uwagą śledzimy serwisy branżowe, polskie i zagraniczne. Z ciekawością przyglądamy się dynamice mody. Każdy zwięzły przekaz zawiera esencję wiedzy o aktualnych wydarzeniach. Bez zbędnych słów i w przystępnej formie pozwala poznać nowe fakty.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.