Izabela Trojanowska: spódniczki? Krótkie. Komentarze? Niech będą! [WYWIAD]

Diwa, żywa legenda, postać zupełnie kultowa. Izabela Trojanowska wróciła do takiego wizerunku, w jakim pokochała ją Polska. Artystka wciąż ma na siebie dużo pomysłów i – co ważne – nie brakuje jej ani odwagi, ani dowcipu. W wyjątkowym wywiadzie dla Fashion Post opowiada o swoich pomysłach, modzie, która ją ukształtowała i niezwykłej drodze, jaką już przeszła. Uwaga: ta pani nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa!

Patryk Chilewicz: W latach 80. uchodziła pani za dosyć kontrowersyjną postać. Wzbudzała pani emocje. Denerwowało to czy było bardziej wyzwalające?
Izabela Trojanowska: Wydaje mi się, że warto być sobą i robić swoje. Nawet fajnie jak niektórzy się denerwują, to znaczy, że jakieś emocje obudziły się w tych ludziach. Ważne, by swoją działalnością nie dokuczać innym. Jestem za wzajemnym szacunkiem i ruchami wyzwoleńczymi. Nie rozumiem jak można było w Krakowie pobić kogoś, tylko dlatego, że miał inny kolor skóry. Jakim my jesteśmy narodem? Jesteśmy, ale nie musimy być. Jakby każdy od siebie dawał choć odrobinę, to uzbieralibyśmy sporo tego dobra i może stalibyśmy się odrobinę bardziej tolerancyjni.

Czuje pani szarość dookoła? I nie chodzi mi tylko o pogodę.
Coraz mniejszą. Pamiętam, że w sklepach były kiedyś tylko beżowe, czarne, szare ubrania. Jaki popyt, taka podaż. Jasne, że to są kolory podstawowe i dobrze je w domu mieć – ale nie wyłącznie. Dzisiaj jest trochę inaczej, jest już trochę kolorów. Jak występuję, patrzę w publiczność, to jest już barwnie. Ja tak jak pan ubieram się chętnie na czarno, bo czerń wyszczupla i podkreśla kolor oczu. No ale nie zawsze odzwierciedla ona pogodę ducha. Warto do tej czerni coś dodać, złamać ją od czasu do czasu. Jednak na scenie bywa, że jestem kolorowa jak ptak.

W związku z wydaniem nowej płyty nie boi się pani komentarzy, że w latach 80. Trojanowska szalała na scenie, a teraz trochę przesadza i jej nie przystoi? Nie boi się pani śmieszności, odebrania nie do końca poważnie tego co pani teraz robi?
Nie boję się, bo generalnie strach jest złym doradcą. A śmieszności nie boję się z prozaicznego powodu – pozbywanie się jej to pierwsze etiudy na zajęciach aktorskich. I tak np: wzięłam udział w zabawie „Be my oxygen”. Zabawa polegała na spontanicznym zaśpiewaniu refrenu do puszczonego głośno utworu „Oxygen”. Byłam akurat w Teatrze Muzycznym w Gdyni na ważnym dla mnie jubileuszu, gdy dostałam telefon z prośbą o zaśpiewanie. Stanęłam w holu teatru, zaśpiewałam i to poszło do sieci. To było surowe, bo takie miało być.

Czyli warto się rzucić na głęboką wodę?
Jeżeli ma się dystans do siebie to tak. Ja próbuję go mieć.

Prawie 20 lat jest pani związana z serialem „Klan”. Pani postać to była na początku taka Alexis – te kapelusze, mroczność, zadziorność. Później serialowa Monika przeszła metamorfozę. Teraz mam wrażenie, że trochę pani wraca do tamtego wizerunku, znów widać ten słynny pazur Trojanowskiej.
Przez dwadzieścia lat powinny być jakieś zmiany, bo inaczej nie dałoby rady wytrzymać nawet samemu ze sobą. Serialowa postać musi zmieniać się, ewoluować – nie ma innej opcji. Monika zaczęła mocno i  z czasem szukaliśmy pretekstów, żeby mogła nabrać trochę innych kolorów. Jak już to się udawało, znowu szukaliśmy jakiegoś problemu, z którym mogłaby się zmierzyć. I tak trwa to już 20 lat. Podejmując pracę w „Klanie” nie miałam zielonego pojęcia, że na tak długo, bo podpisywaliśmy umowy co pół roku.

To jest niesamowite, wychowywałem się razem z Moniką.
Na pewno wie pan, że poznałam prawdziwą Alexis.

Oczywiście. Ile Trojanowska ma z Alexis wspólnego?
Wydaje się, że w jej życiu panuje totalny reżim. Pamiętam, jak kiedyś spotkałyśmy się w hotelu Marriott – przeprowadzałam z nią wywiad do gazety „Halo”. Podeszła wówczas do smakowicie wyglądających pralinek, a jej menedżerka automatycznie zjawiła się obok i gdy chciała sięgnąć po jedną, dostała karcące spojrzenie. I to wystarczyło! Zamiast się obruszyć, że „no co ty, tylko jedną”, padło: „przepraszam, tylko chciałam je zobaczyć”. To się nazywa dyscyplina. Dodam tylko, że nie miała nadwagi, wręcz odwrotnie – to były same kości obciągnięte skórą. Prawda jest taka, że kamera takie sylwetki kocha i profesjonalistki jak ona mają tego świadomość.

Złapała z nią pani wspólny język?
Tak, zaczęłyśmy rozmawiać o córkach. Akurat jej córka miała wypadek, więc otworzyła się i już była sobą. Zapomniała, że ktoś jej słucha. Ja byłam na etapie, że zaczęłam tęsknić za moją, bo była w Berlinie. Nawet w umowie z serialem miałam taki punkt, że dwa tygodnie jestem z córką, a dwa tygodnie na planie. Jak zaczęła opowiadać o swoim dziecku, to widziałam tę miłość .Gdzieś obie zrobiłyśmy się miękkie i tu nie było śladu po wielkiej Alexis – jednej i drugiej.

Bywa Pani na różnych imprezach, pokazach mody, otwarciach, zamknięciach, premierach, ale nie weszła pani w rolę celebrytki.
Nie, ja nigdy nie należałam do żadnej elity towarzyskiej, która się wspiera nawzajem.

Dlaczego?
Mnie wylansowała publiczność, a nie żaden układ, choć zawsze obserwowałam, że takie grupy wzajemnej adoracji są. Ja byłam zwykle przy okazji, bo wygrałam wcześniej „Giełdę piosenki” w TVP i automatycznie znalazłam się w Opolu. Ale patrzono jakby się mnie pozbyć, a publiczność nie pozwalała bisując mi wiele razy. Do tego doszła jeszcze Nagroda Fotoreporterów „Miss Obiektywu”… W ten oto sposób należałam do rodziny śpiewającej tego kraju. Nagroda „Karolinka”, którą mi wręczono w Opolu, nie miała wytłoczonego nazwiska, a wszystkie inne miały. Do dzisiaj mi jej nie dosłano. Mam gołą „Karolinkę” na pamiątkę, nie wiadomo dla kogo i za co.

Pani zawsze była gdzieś pomiędzy. W stanie wojennym też niektórzy próbowali przyczepić pani łatkę rządowej, a władze łatkę dziewczyny z Solidarności.
Z moim temperamentem byłoby trudno nic nie robić. Tak się złożyło w stanie wojennym, że chcieli mi wręczyć „Gwóźdź” Kuriera Polskiego dla najpopularniejszej osoby roku. Występowałam wówczas z zespołem Janka Borysewicza, w którego skład wchodzili ciekawi muzycy, bo Sygitowicz na perkusji, na gitarze basowej Bruślik i na klawiszach grał Kapitan Nemo, czyli Bogdan Gajkowski. Same osobistości. Udało mi się przemycić ciekawe interpretacje piosenek, prosolidarnościowe, szczególnie „Pieśń o cegle” zaśpiewałam w brzmieniu przeciw temu, co się działo: przeciw stanowi wojennemu. Nie było wówczas cenzury świeckiej, tylko wojskowa. Szef tej cenzury zaprosił mnie do telewizji, powiedział, że mogę być przy cenzurowaniu koncertu. Bardzo się ucieszyłam, bo myślałam, że może go przekonam żeby nie wszystko wyrzucił. Okazało się, że ten groźny pan w mundurze jest tatusiem mojej koleżanki, z którą byłam na koloniach letnich kiedy miałam 10 lat. Powiedział, że zrobi to ku pamięci tej pięknej przyjaźni i usiadł tyłem do monitora. Wszystko poszło tak, jak chciałam. Jak wróciłam do domu byłam dumna, że przysłużyłam się sprawie. Tymczasem Solidarność wydała jasne polecenie, żeby zupełnie nic nie robić. Wtedy to zrozumiałam, gdy wiele osób miało mi za złe ten koncert..

Teraz jesteśmy w XXI wieku – czasie tabloidów oraz szybkich, sensacyjnych nagłówków. Boli to panią, gdy czyta kolejne domysły, że schudła, szuka miłości, romansuje?
Gdy gazety rozpisywały się, że właśnie wyszłam za mąż ruszyło mnie. Cała moja najbliższa rodzina mieszkająca za granicą miała do mnie szczere pretensje, że im o tym nie powiedziałam. Ludzie nie wiedzą co jest prawdą, a co nie, bo to jest pisane bardzo wiarygodnie: zbliżenie na jakiś mój pierścionek, który miałam od Swarovskiego, a pisali, że to brylanty od męża. Takie niezdrowe zamieszanie wokół mojej osoby nie jest fajne i przeszkadza mi. Artyści mają bardzo ciekawe, ale też trudne życie. Szczególnie w dobie Internetu i telefonów, które potrafią już niemal wszystko.

Nowa płyta. Nowy rozdział w pani życiu?
Można tak powiedzieć. Wszystko przyszło spontanicznie i niespodziewanie łatwo. Płyta po prostu sama się nagrała. Jestem trochę zadziwiona szumem wokół tego tematu. W podjęciu decyzji o nagraniu tego krążka bardzo pomógł mi Janek Borysewicz, który okazał się być moim sąsiadem. Spotykaliśmy się dosyć często, machaliśmy do siebie pozdrawiając, aż któregoś razu powiedział, że dawno razem nie pracowaliśmy – może już czas coś razem zrobić?, „To wpadnij do mnie”. Wpadłam, posłuchałam jednej z piosenek i mi się bardzo spodobała. To jest właśnie tytułowa piosenka z płyty – „Na skos”.

Jakie pani ma teraz oczekiwania? Czy chciałaby pani znowu znaleźć się na listach przebojów?
No jasne! Każdy artysta chciałby dotrzeć do wielu słuchaczy, im większa rzesza tym fajniej. Cudnie być w domach ludzi, poprawiać humor, wprawiać w zadumę. Cóż, my nie istniejemy bez publiczności. Oczywiście, że bym chciała!

Niedługo trasa koncertowa?
Zdecydowanie tak. Bo już wiadomo, że oddźwięk płyty jest bardzo dobry.

Dodatkowo odświeżyła pani swój wizerunek – zdecydowanie na plus.
Jak wracamy do korzeni, to wróciłam też do koloru włosów, który jest moim naturalnym. Pasuje do mojej karnacji i najbardziej chyba do mojego charakteru!

Porozmawiajmy o pani niezwykłych strojach. Jak wyglądał proces ich zdobywania? Miała pani przebój, była zaproszona na występ, nie miał kostiumu. Co wtedy?
Miałam to szczęście, że dostawałam paszport. Kiedyś było tak, że nie mieliśmy tych paszportów w szufladzie. Jak ktoś raz go dostał i wrócił na czas to dostawał zawsze. Mogłam wyjeżdżać. Tam wszystkie uskładane pieniądze szły na koncerty i na kostiumy. Szybko zdałam sobie sprawę, że u nas jest trochę nieciekawie jeśli chodzi o „ciuszki” na scenie. Jak miałam na niej występować, to chciałam trochę godniej. Zaczęłam zwracać uwagę na projektantów mody na świecie i próbowałam jakoś do nich docierać. Nie miałam środków, bo u nas 300 zł to była normalna stawka za śpiewanie, a 750 zł dostawałam ministerialnie. Szaleństwo takie, że koniec świata… Na szczęście mieliśmy przyjaciół w Londynie, którzy zainwestowali trochę we mnie, kupili kilka wspaniałych rzeczy na scenę. Też przyjaciółka Ewunia zaprowadziła mnie do Vidala Sassoon’a i zafundowała fryzjera. Fryzjer za granicą kosztował tyle co u nas średnia krajowa pensja. No i tam wymyśliłam fryzurę na Trojanowską.

Kiedy to było?
To był początek 1980 roku.

Wtedy pani wymyśliła, a później pół Polski robiło się na Trojanowską.
Tak, trochę tak wyszło! W pewnym sensie stałam się niewolnicą tej fryzury, chciałam ją zmienić. Byłam w następnym roku znowu u Vidala, już z własnej inicjatywy. Przywiozłam nową fryzurę, która jest na płycie „Iza” z Budką Suflera, ale kazano mi szybko wrócić do poprzedniej. Powód był prosty: nie mogło być tak, że pół Polski ścięło się na Trojanowską, a Trojanowska już nosi coś innego na głowie.

Zdecydowanie wprowadziła pani świeżość i niedosłowność. Nie tylko w muzyce, ale i w swoim wizerunku. Skoro już mówimy o wizerunku, to spotykała się pani z niewybrednymi komentarzami, że pokazuje za dużo biustu, za krótka spódniczka?
Te komentarze były zawsze, są i będą. I niech tak zostanie.

Niektórzy uważali panią za demoralizatorkę. Myślała tak pani o sobie?
Nigdy nią nie byłam, starałam się być elegancką „rock lady”. Dzisiaj dziewczyny pokazują wszystko bez żenady. Zawsze odmawiałam sesji w „Playboy’u”, nigdy nie rozbierałam się w filmach. Spódniczki miałam kontrolowanie krótkie, rozcięcie było do takiego momentu, że akceptowałam to przed lustrem. Wtedy dopiero wychodziłam na scenę.

Czyli ostatnie zdanie miała pani?
Nie było stylistów, nie było nikogo, artysta był zdany sam na siebie. Ja jestem do tego szczęśliwie manualna, więc szyję, robię na drutach, szydełkuję. Przerabiałam sobie ciuchy mamy, po babci… Ale do tego wszystkiego też trzeba mieć gust i wiedzieć czego się chce.

Czy to nie jest teraz tak, że dzisiejsi muzycy mają wszystko podane na tacy, co jest wygodne, lecz jest drogą na skróty? Czy kiedyś było ciekawiej?
Ciekawiej na pewno, wartościowo bardzo. Dzięki temu udało mi się zaproponować ludziom coś, czego jeszcze w kraju nie było. Jednak w moich kostiumach nie każdemu jest dobrze. Ważne jest, żeby dobierać stroje do swojej sylwetki i do danej okazji. Dzisiaj można zatrudniać wizażystę, który pomoże w wizerunku – to jest apel do młodych śpiewających. Widzę, że mają często dobre ciuchy, ale nie do końca dla nich. Ja tak miałam dwa lata temu z Jarkiem Szado – wpadł towarzysko do pokoju przed koncertem i zobaczył biżuterię, którą zakładałam. Powiedział: „załóż to wszystko” . Choć na początku myślałam, że przesadził, to odzew był fantastyczny.

Kiedyś u pani królował Thierry Mugler.
Ciągle króluje, tylko niestety od lat kobietom nie projektuje strojów. Zrobił wyjątek dla Lady Gagi. To były odlotowe kostiumy. Noszę też jego perfumy „Angel”.

Maluje się pani sama?
Tak, maluję się też sama. Jestem, o czym już wspomniałam, „manualna” i odważna. Gdy malują mnie makijażyści zatrudnieni przez TVP czy przez produkcję filmową są zwykle zachowawczy, boją się wyjść poza ramy. A ja jestem niepokorna i to mi sprawia przyjemność.

I tak cały czas?
No tak, niech sobie będzie taka jedna Trojanowska.

Teraz w co się pani lubi ubierać?
Jeśli chodzi o scenę lubię rozmach, tu zwykłam poszaleć! Podstawą jednak ciągle jest czerń…

I ciepła, czerwona szminka?
Nie, gdzie tam. Teraz jest to wściekły róż, albo wściekły czerwony mat…

A jak wygląda Trojanowska na co dzień?
Na co dzień raczej dżinsy i t-shirt. Na scenie często też, a dodatkowo ramoneska, jakaś ciekawa biżuteria. Nie wykluczam też mini!

Pani się chyba nigdy nie przejmowała tym, co wypada?
Nie. Gdybym uważała, że czegoś nie mogę nosić, to nikt by mnie nie namówił. Jestem samokrytyczna. To co mam czelność pokazać ludziom, to już przeszło przez moją cenzurę, najtrudniejszą.

ZobaczSchowaj komentarze

Wojciech Bednarz: „Jestem za demokracją w modzie” [WYWIAD]

Vistula to pierwsze skojarzenie z męską modą w Polsce. Marka posiada ponad sto salonów w całym kraju, ubierała naszą reprezentację piłkarską w zeszłorocznych mistrzostwach Europy i od kilku sezonów z sukcesem współpracuje z Robertem Lewandowskim. Czym się wyróżnia i dlaczego jest tak popularna? O męskim stylu, postrzeganiu mody przez Polaków i specyfice masowej sprzedaży opowiada Wojciech Bednarz, od ponad 8 lat projektant marki.

Istnieje wciąż coś takiego, jak sztuka dyktatury mody?

Nie. Według mnie takie zjawisko już dawno się skończyło. Duże, zagraniczne domy mody nie sprzedają już samej mody na pierwszym miejscu. Ona jest dodatkiem. Sprzedają się głównie torebki, perfumy, kosmetyki, itd.; oraz to, co niekoniecznie w odzieży nazwiemy modą, a stricte samym produktem. W głównej mierze liczy się teraz odpowiedni marketing. Jeśli kampania i socialowy rozgłos przekona wszystkich, że coś jest pożądane (przykład zjawiska marki Vetements), to tak jest i sama moda nie ma tu już nic do dyktowania.

A męska moda jaka jest?

Jest bardziej progresywna od damskiej. Ta druga drepcze trochę w miejscu, tzn. raz jest to przywołanie lat 70., innym razem powrót do lat 90. albo same falbany czy frędzle. Oczywiście wszystkie te rzeczy wciąż są bardzo ładne, powstają nowe zachwycające kolekcje, ale nieustannie jesteśmy świadkami to kroku w przód, to w tył. Rzecz jasna może to wynikać z tego, że damska moda przełamała już właściwie wszystkie tematy tabu, a męska wciąż eksperymentuje, wciąż nie jest wyeksploatowana. I na pewno ta męska jest bardziej czuła na technologię i wykończenia materiałów.

Czyli mówiąc krótko, ta damska jest piękna, a męska technologiczna.

W dużym uproszczeniu, owszem, ale męska też może być piękna.

To samo tyczy się praktycznego podejścia?

Jak najbardziej. Bo co dla mężczyzny jest spektakularne w modzie? Dobrze skrojony, dopasowany smoking, ale ten efekt “wow”, musi iść w parze z komfortem noszenia. Kobiety w wielu przypadkach są skłonne założyć coś, co jest spektakularne, ale mało wygodne i niepraktyczne. Są w stanie się poświęcić. Naturalnie mowa tu o przysłowiowym wyjściu na czerwony dywan, a nie o codziennym ubiorze.

Wychodzi na to, że facet w ubiorze nie idzie na kompromisy.

Absolutnie. Tu jest system zero-jedynkowy.

A co kieruje facetem, że chce dobrze wyglądać?

Myślę, że teraz jest to już świadomość. Doszliśmy do takiego momentu, że potrzeba i chęć dbania o siebie nie jest już postrzegana jako coś niemęskiego. Dobry wygląd (bez zbędnego epatowania nim) stał się standardem. Na przykład biznes – finansowy czy nieruchomości – jest trochę postrzegany przez pryzmat wizerunku samego agenta. Czyli to po prostu ma znaczenie.

W takim razie ten dobrze ubrany, to kto?

Nie da się odpowiedzieć konkretnie, bo nie ma jednego wzoru. W każdym środowisku, nawet w skali miasta czy regionu, będzie to znaczyło co innego. Ktoś, kto uchodzi za dobrze ubranego w Warszawie albo w Szczecinie, niekoniecznie będzie się nadal szczycił takim mianem gdzie indziej. Możemy oczywiście odwołać się do różnych kategorii czy zjawisk, jednak nie ma taktyki dotyczącej ubioru, sprawdzającej się w 100% w każdej sytuacji i w każdym miejscu. Chyba, że mowa o sztywnym dress codzie, ale to zupełnie inna historia.

Jednak styl i elegancja to nie tylko sam ubiór.

W żadnym wypadku. Nie wystarczy ubrać kogoś w „dobry” garnitur, nauczyć wiązania krawata i już. To sprawa dużo bardziej złożona. Oprócz wyglądu liczą się jeszcze inne elementy, takie jak zachowanie, sposób bycia i kultura osobista. To wszystko wiąże się także z szacunkiem dla innych.

Choć i tak najważniejsza jest samoświadomość.

To jest podstawa! Jeśli ktoś nie czuje się dobrze w garniturze albo nosi kolor, który go psychicznie przytłacza, nigdy nie będzie miał przekonania o własnym dobrym wyglądzie. I tym samym nie będzie wytwarzał tej specyficznej aury, o której mowa.

Jak zatem Tobie, jako projektantowi marki ogólnopolskiej, udaje się spełnić te różnorodne założenia w jednej kolekcji?

Polski mężczyzna zaczął doceniać klasykę, a to jest dobry punkt wyjścia, żeby iść z tematem dalej i interpretować go na różne sposoby. Kluczem jest też uniwersalność. Na przykład taki granat wyszedł poza bezpieczny standard i stał się kolorem, który w różnych odcieniach po prostu dobrze ubiera. Jest naszą klasyczną bazą, która zyskuje odmienne oblicza w zależności od dalszych wyborów i zestawień kolorystycznych.

Stawiasz więc na klasykę?

Niezupełnie. W kolekcji, pomimo wszechstronnej klasyki jest ogrom różnych urozmaiceń (kolorystyka i proporcje) oraz mnóstwo detali (kolorowe kontrastujące podszewki, guziki, klapy), które wykorzystuję. Projektowanie dla dużej marki, to nie tylko moda. Trzeba ją często połączyć z komercyjnym podejściem do tematu. Cały czas mamy rzeczy, które nie

wchodzą do pełnej dystrybucji, lecz pojawiają się w wybranych salonach. Natomiast bazę kolekcji musi stanowić wyważone wzornictwo odpowiadające na potrzeby większości naszych Klientów.

Właśnie, marka masowa to duży biznes i pewnie wynikające z tego ograniczenia. Co z wolnością projektanta?

To nie tyle ograniczenia, co poszanowanie dla tradycji. Marka istnieje 50 lat, a same garnitury szyje już od prawie 70 lat. Trzeba więc zachować tożsamość, bowiem ubieramy różne pokolenia Polaków. Naturalnie muszę wziąć pod uwagę silny aspekt handlowy i to, że jesteśmy w każdym regionie Polski w ponad 100 sklepach, ale jak mówiłem, nie zawsze każda część kolekcji trafia do tych samych salonów. I absolutnie nie czuję, by ktoś założył mi jakiś kaganiec albo czegoś zabraniał.

To jakim klientem jest klient Vistuli?

Nie da się ukryć, że 70% klientów marki przychodzi właśnie po wspomnianą klasykę. Dlatego dla mnie ważne jest to, żeby nawet granatowy garnitur nie był zwykłym granatowym garniturem, żeby posiadał te wspomniane wyróżniki. Wyodrębnia się także dwa typy klientów. Ci, którzy przychodzą, bo muszą kupić garnitur, i ci, którzy chcą kupić nowy garnitur. Więc tu już w samej świadomości jest ogromna różnica.

Faceci dostrzegają tą wizualną różnicę?

Nie wszyscy, ale nawet jeśli nie widzą oni sami (bo w tym względzie są mniej spostrzegawczy), to widzą inni. I to jest ważne, wtedy to ma sens. Ale to są tylko te detale. Najważniejsza jest zmiana i udoskonalenia w samym kroju i szyciu. Jakiś czas temu zaproponowałem koledze, żeby kupił sobie nowy garnitur. Na co on odrzekł: “Przecież mam dokładnie taki sam sprzed kilku lat.” Zobaczył i poczuł różnicę dopiero po przymierzeniu starego i nowego – jeden po drugim. Faceci często potrzebują namacalnych dowodów, żeby się przekonać. Może wynika to z bardziej pragmatycznego podejścia do życia.

Których mężczyzn wolisz ubierać: tych klasycznych czy świadomych i fantazyjnych?

Tu nie chodzi o to, kogo chciałbym ubierać. Ja po prostu ubieram i jednych, i drugich. I mam z tego taką samą satysfakcję, ponieważ od pierwszego projektu bluzy, który wykonałem lata temu dla marki House, aż do dziś, kiedy wypuszczam kilka kolekcji rocznie, wciąż mam tą samą satysfakcję, kiedy widzę, że inni noszą moje projekty i nie tylko dobrze w nich wyglądają, ale przede wszystkim dobrze się w tych ubraniach czują. To uczucie nie mija. Poza tym jestem za demokracją w modzie.

Ubieranie Polaków można nazwać misją?

Nie rozpatrywałbym tego w takich kategoriach. Moim założeniem, kiedy ponad 8 lat temu obejmowałem stanowisko projektanta marki, było strącenie garnituru z piedestału. Żeby

nie kojarzył się wyłącznie z mundurem, żeby nie był stricte biurowy, a stał się komfortowym strojem. I to się udało. Skłamałbym, gdybym powiedział, że w 100% to moja zasługa, bo rynek ewoluował i podejście samych Polaków także. Jednak jesteśmy obecnie największą firmą na rynku w kategorii formalnej, docierającą do mężczyzn w kraju.

Osiem lat to kawał czasu i historii samej marki. Co jeszcze udało ci się odczarować, spopularyzować?

Przede wszystkim rozwinąć i upowszechnić linię casual. Wcześniej marka kojarzyła się jedynie z garniturami, teraz w swojej ofercie ma szeroką gamę ubrań codziennych, a nawet bieliznę. Dużą zasługą w przybliżaniu facetom tej codziennej garderoby są kampanie, które prowadzimy i sposób pokazywania rzeczy, łączenia ich w różne zestawy. Dziś Vistula ubiera totalnie kompleksowo i to jest najważniejsze.

Waszą twarzą już dwukrotnie był Robert Lewandowski. To jakiś synonim marki?

Wiadomo, że poprzez kampanię staramy się dotrzeć do wielu odbiorców. Stawiamy na kogoś charyzmatycznego: kogoś, kto jest postacią charakterystyczną i dobrą w tym, co robi. Sport raczej nie dzieli Polaków. Poza tym od lat ubieramy PZPN i jest to po prostu dalszy krok w tej promocji oraz focus na konkretną postać, osobowość. W tym sezonie kampania jest już inna, ale wprowadzamy znów limitowaną kolekcję sygnowaną nazwiskiem Roberta Lewandowskiego.

Czyli to nie taki nagły zwrot i marketingowy strzał?

Było to raczej konsekwentne działanie, ze względu na wspomnianą współpracę naszego działu szycia na miarę z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Najważniejsze jest to, że w zeszłorocznych mistrzostwach Europy ubraliśmy oficjalnie całą reprezentację, co było wyzwaniem i zaszczytem jednocześnie. Co więcej, ta duma, wyzwanie i promocja, będą kontynuowane w przyszłości.

Macie zatem pierwszoligowe zapatrywania…

Przecież jak pracujesz nad czymś lub z kimś, to po to, by być w czołówce. Biorąc pod uwagę segment, w którym działamy, na dziś dzień, nikt nie stoi przed nami. I nie jest to żadna buta, a po prostu rozwój firmy, jej zasięg oraz raporty sprzedaży.

A polski rynek, nawet w tym wiadomym segmencie, jest modowy?

Polski rynek nigdy nie był modowy. To nie moda dyktuje tu warunki klientom, tylko nagina się i w jakiś sposób dostosowuje do klienta. Brutalna prawda. I teraz chodzi o to, by z tego wszystkiego wciąż wychodzić obronną ręką. Dlatego u nas są aż trzy linie oraz szycie na miarę.

Pytanie, czy mężczyźni są wolni w swoich ubraniowych wyborach?

Zawsze byli, ale nie zawsze z tego korzystali. Konsultacja, zwłaszcza w małżeństwie jest rzeczą naturalną. To nic złego. Tylko pytanie czy faktycznie każda kobieta zna się na tym doradztwie i przez jaki pryzmat spogląda wtedy na faceta?

Faceci też chodzą na zakupy razem? Doradzają sobie wzajemnie?

Nie wydaje mi się. Są to raczej jednostkowe przypadki. Pomimo że świadomość modowa, ubraniowa, urodowa wśród mężczyzn rośnie, to wymiana zdań na tematy ubioru wciąż jest uznawana za mało męską. Może wynika to z tego, że faceci uważają modę za domenę kobiet.

Podobno mężczyźni są bliżej stylu niż mody. Co to znaczy?

Mężczyźni potrzebują więcej czasu, żeby się do czegoś przekonać. Nie ulegają impulsywnie chwilowym trendom. Są konsekwentni w wyborach, podczas gdy kobiety potrzebują częstych zmian. Kupią nawet sukienkę, którą założą raz. A faceci, jak już się do czegoś przekonają, to nie chcą wymieniać tych rzeczy za parę kolejnych miesięcy. Stąd budowanie męskiej garderoby jest skoncentrowane bardziej na jakimś stylu, który u faceta utrzymuje się nawet parę lat.

ZobaczSchowaj komentarze

Instagramowe influencerki w jesiennej kampanii & Other Stories

&OTHER STORIES

SUKIENKA
ok. 280 zł

&OTHER STORIES

KURTKA
ok. 580 zł

&OTHER STORIES

SPÓDNICA
ok. 280 zł

&OTHER STORIES

SPODNIE
ok. 320 zł

&OTHER STORIES

SPÓDNICA
ok. 800 zł

&OTHER STORIES

PŁASZCZ
ok. 800 zł
Modę tworzą ludzie. Jest to zjawisko społeczne, które dotyczy każdego w mniejszym lub większym stopniu. To rozpędzony mechanizm, napędzany energią stylistów, projektantów, modelek, bloggerów, trendsetterów. Odkrywamy tajemnice największych osobowości branży. W inspirujących wywiadach opowiadają o bodźcach, które stymulują ich do działania, o własnym stylu, o otaczającym ich środowisku. Rozmowy z osobowościami świata mody zawierają ciekawe prognostyki i poruszają zjawiska angażujące uwagę. Mówiąc o ludziach pragniemy pokazać nie tylko mainstream. Odważnie demonstrujemy stylizacje osób śledzących trendy i zachowujących własny, niepowtarzalny styl. Przekazujemy krótkie newsy oparte na fotografiach. Chętnie prezentujemy szyk prosto z ulic światowych stolic mody.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.