MODA

Zatańcz z Demną

02.07.2024 Piotr Zachara

Zatańcz z Demną

Nie ma już twarzy ani nazwiska, tylko maskę i egzotycznie brzmiące imię Demna. I bardzo dobrze. Im mniej skupimy się na samym człowieku, tym szybciej docenimy, co dla mody i z modą robi dyrektor artystyczny Balenciagi.

Niespełna 42 lata, a już jest trochę wdowcem, pod koniec października stracił heteroseksualnego męża. Właśnie tak lubił się przedstawiać samiec alfa znany kiedyś jako Kanye West, potem jako Ye, aktualnie globalna persona non grata. Z dyrektorem kreatywnym domu mody Balenciaga rzekomo tworzyli harmonijny związek oparty na miłości do kwadratu: platonicznej, do siebie nawzajem oraz do mody, ta druga była pewnie łatwiejsza do zaspokojenia. Demna przyznawał się do namiętnej wymiany zdań na WhatsAppie na temat guzików na przykład, ponadto przygotował oprawę wizualną widowiska „Donda”, gdzie centralną atrakcją był oczywiście wydobywający z siebie dźwięki Ye, pomógł mu też wywiązać się z kontraktu z GAP. Umowa przewidywała, że Ye przez 10 lat systematycznie zasili walczącą o „być albo nie być” amerykańską sieciówkę ekskluzywną kolekcją ubrań, akcesoriów i obiektów. Projektant/muzyk/polityk/coś tam jeszcze irytująco długo nie mógł się zdecydować, co bardziej go podnieca – dotrzymać słowa czy zerwać kontrakt, bluzgając przy okazji na korporacje, globalizm, imperializm i jeszcze np. wegetarian, bo czemu nie. Ye jest czarny, Ye może mówić wszystko, co zechce i nie musi się z niczego tłumaczyć. Demna zasugerował, żeby jednak opóźnili orgazm i cieniutka, złożona z raptem 36 looków kolekcja Yeezy GAP Engineered by Balenciaga w lipcu trafiła do
50 sklepów w USA. Następnej nie będzie, ponieważ jesienią jej twórca został naczelnym antysemitą Ameryki i wszyscy partnerzy biznesowi podziękowali mu za współpracę. Demna jako jeden z ostatnich. Ponad tydzień wierzył, że i ten kwas da się obrócić w żart, wybaczyć, zapomnieć. Nie da się. Świat mody nie potrzebuje Trumpa,
Putina ani Bolsonaro, świat mody domaga się zupełnie innego lidera: wrażliwego, utalentowanego, lekko punkowatego, ale z wizją i planem działania minimum dwa lata naprzód. Demna na prezydenta prét-à-pôrter! Oczywiście. Tylko czemu tak skromnie? W podjęciu decyzji o definitywnym zakończeniu toksycznego związku z pewnością pomógł Demnie zrobiony jeszcze w rodzinnej Gruzji licencjat z ekonomii. Sprawnie podliczył, ile może stracić, jeżeli będzie się za długo wahać. Ma przecież drugiego męża, nieheteroseksualnego muzyka Loïcka Gomeza (pod kompozycjami podpisuje się BFRND), dwie chihuahua Cookie i Chiquitę – w tym składzie mieszkają pod Zurichem, w atelier w Paryżu Demna spędza jeden tydzień w miesiącu. Komfortowe warunki życia to bonus,
ważniejsze są pozycja w branży i perspektywy.
W portfolio koncernu Kering Balenciaga jest obecnie numerem trzy, zarabia mniej niż numer jeden – Gucci i numer dwa – Saint Laurent, przy czym mniej oznacza wpływy wysokości 2 miliardów euro rocznie. – To nasza następna megamarka, mówi François-Henri Pinault, główny właściciel Keringa. – To platforma, dla której nie ma rzeczy niemożliwych, dopowiada podjarany cyframi Cédric Chabrit, odpowiedzialny za bilans Balenciagi. Skąd się
wzięły te 2 miliardy i w konsekwencji słowa zachęty, by Demna nie ukręcał łba żadnym pomysłom, przecież tak ładnie mnożą zyski? Rewelacyjnie sprzedaje się zmodyfikowana pospolitość: toporne adidasy (950 €), sparszywiałe trampki (595 €), crocksy we flamandzkie tulipany (450 €). Replika torby na zakupy z IKEA z 2017 roku kosztowała 2000 €, worek na śmieci z cielęcej skóry w tym sezonie można mieć już za 1400 €. W reakcji na globalny kryzys ekonomiczno-energetyczny rozrasta się wybór skarpetek Balenciaga, z małym logo schodzą po 85 € za parę, z wielkim po 150 €. Ikony mainstreamu potrafią stać się drogą sztuką (Andy Warhol, Jeff Koons) a w modzie oscylują już między pastiszem a kpiną (Moschino by Jeremy Scott).

Czyli co, Balenciaga kolejny cyrk? Jeżeli w ogóle, to innej kategorii. Moschino rozbija namiot na peryferiach, tresuje zwierzęta, a clowni chodzą tam na szczudłach parami i sprzedają sobie kopniaki. Demna robi Cirque du Soleil: salta, chodzenie po linie, naciągnięte mięśnie, numery dla publiczności, która lubi o sobie myśleć, że jest wyrafinowana. U Moschino pospolitość jest pogańskim bogiem, u Balenciagi to parawan. Za tanimi zagrywkami kryją się doskonałe krawiectwo, naprawdę nowy koncept mody i sen o rewolucji. Do Balenciagi w 2015 roku wniosła Demnę fala ekscytacji jego autorskim projektem Vetements. Pierwotnie był to kolektyw projektantów, którzy zarabiają gdzie indziej pod nazwiskiem, a tu po cichu realizują coś ambitnego. Demna szybko przejął prawa, obowiązki i przywileje lidera, w pewnym sensie zawłaszczył całe Vetements, ale nikt nie protestował.
Dużo było tam zabaw z logotypami, także marek spoza mody (komu polo DHL za 250 €, no komu?), drogie udawało tanie, banalne bywało podłe, ale w interesujący sposób. Czuło się w tym ducha Martina Margieli, największego konceptualisty wśród projektantów mody. Przez dwa lata Demna projektował dla Maison Margiela,
ale gdy Martina już tam nie było, męczył się więc strasznie. Więcej swojej krwi wpompował w Vetements, zwiększał tam dystans dzielący ciało od ubrania, przeskalowywał, przewracał do góry nogami i na drugą stronę. Aż pewnego dnia dostał zaproszenie na ściśle tajne spotkanie z szefami Keringa. Coś czuł, że kroi mu się Balenciaga,
jedyna marka, za którą szczerze miał chęć się zabrać. – Genialny Cristóbal był chirurgiem plastycznym od ubrań – mówi magazynowi „System”. Balenciaga to awangarda par excellence, nie szycie i stylizowanie, ale praca od podstaw nad sylwetką. Oraz wypróbowanie rozwiązań, które klient zaakceptuje dopiero za dwa lata, gdy
powtórzy je konkurencja. Najważniejszy rozdział w swoim CV Demna zaczął elegancko – od wełnianych marynarek i płaszczy o linii dzwonka, zszytych ze skrawków materiałów sukienek, kurtek z kołnierzem uciekającym od szyi oraz puchówek z kapturem od frontu. Nie minęły nawet dwa lata od debiutu i maszyna marki Balenciaga nabrała tupetu, co sezon to jakaś nieregulaminowa niespodzianka: pokaz – sesja
parlamentarna, pokaz – kreskówka, pokaz – relacja z czerwonego dywanu, śniegowa kula, gra komputerowa, wideoinstalacja kanadyjskiego artysty Jona Rafmana… W szczytowej fazie pandemii tematem przewodnim kolekcji były hotelowy szlafrok, piżama i depresja. Kolekcji na zimę 2022 patronuje kryzys klimatyczny, a na
wiosnę 2023 – apokalipsa. Wszyscy mamy tylko jedno życie, ale ludzie kreatywni potrafią je przeżyć na co najmniej dwa sposoby. Jesienią ubiegłego roku z Demną dla magazynu „System” rozmawiała Cathy Horyn. Zapytała go o wszystko, w tym kilka razy o korzenie. Demna odpowiada szczerze, szczegółowo, bez emocji, kolorowymi obrazkami. Gruzja za czasów ZSRR, tata – mechanik samochodowy, macho, mama – Rosjanka, gospodyni domowa. Jest jeszcze Guram, jedyny brat, aktualnie szef Vetements. Ale rodzina to także babcia, trzej
bracia ojca, ich żony, dzieci, dzień w dzień razem, nieco klaustrofobiczna komuna. Poza tym że ojcu nie podoba się, że Demna rysuje, głównie ludzi lub sceny z konkursu Miss Universe, swoje dzieciństwo dyrektor artystyczny Balenciagi uważa za szczęśliwe. Mija rok i Demna jest bohaterem magazynu „T”, dodatku do „New York Timesa”. Tym razem przypomina sobie, jak całą rodziną musieli uciekać podczas wojny w Abchazji. Zabierają ze sobą
to, co niezbędne: ubrania, jedzenie, broń, dumę. Najpierw jadą samochodem, a gdy kończy się benzyna, idą. Babcia nie ma sił, więc mama przehandlowuje karabin maszynowy na konia. Tymczasem tata dba o morale, mówi, żeby się nie bać, do niewoli ich nie wezmą, ma przy sobie kilka granatów, nie pozwoli. Docierają do Tbilisi
i opowieść wraca na znany tor: cztery nudne lata na wydziale ekonomii, wyjazd do Düsseldorfu i wreszcie Antwerpia i studia w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. Skąd ta potrzeba wyciągania wojny? Branża widzi w Demnie wybitnego projektanta i tyle jej wystarcza. Czytelnicy „New York Times” potrzebują więcej – człowieka z egzotycznego Wschodu, ofiary złych Ruskich. Demna nie ma nic przeciwko, zainteresowanie sobą
umie przekierować na Balenciagę. Jego zimową kolekcję prawie wszyscy odczytali jako szlachetny gest: oto dłoń wyciągnięta do uchodźców z Ukrainy. Pięknie, tylko pokaz odbył się kilka dni po wybuchu wojny, za mało czasu, żeby zmienić scenariusz. Każdy człowiek ma jednak prawo sam ustalić, co widzi na wybiegu, Demna nie będzie prostować. Zapowiedź wiosny i lata 2023 stworzył w październiku w bezpłciowym centrum konferencyjnym na obrzeżach Paryża. Zużył 275 metrów kwadratowych czarnego błota ściągniętego z torfowisk na południu Francji. Żeby błotko za szybko nie wyschło, hiszpański artysta Santiago Sierra zaprojektował akwedukt. Nie było go specjalnie widać, ale działał. W powietrzu przez godzinę unosił się zapach rozkładu, intensywniejszy niż w naturze. To były perfumy, też tylko na pokaz. Właśnie tak teraz trzeba. Prét-à-pôrter to dziś przede wszystkim show, ubrania grają w nim jedną z ról, równie ważne są muzyka i scenografia. Kto tęskni za modą bez atrakcji specjalnych, musi wprosić się do salonu Balenciagi przy Avenue George V numer 10 na pokaz haute couture.
Przez pandemię ubiegłoroczną Galę Met trzeba było przesunąć z maja na wrzesień. Rihanna pozamiatała podłogę satynowym płaszczem Opera z 50. kolekcji haute couture Balenciagi, pierwszej po pół wieku przerwy. Dla Demny to był kolejny debiut i coming out. Wreszcie określił swoją orientację jako projektant, w 63 lookach wytłumaczył, co go w modzie podnieca. To samo, co w prét-à-pôrter: trochę szacunku dla tradycji, odrobina profanacji, nowe pomysły niemożliwe do zrealizowania nigdzie indziej. – Prét-à-pôrter to pośpiech, maksimum cztery przymiarki i ciuch musi być gotowy do produkcji – tłumaczy. – W couture przymiarek może być dziesięć, a odstęp między nimi jest dostatecznie długi, by zespół nie musiał stawać na rzęsach. Tak jak za czasów Cristóbala wszystko szyje
się ręcznie, we własnym atelier, na miarę konkretnego klienta, ale teraz tylko jedną kolekcję na cały rok, pokazywaną w Paryżu wczesną jesienią. Zalatującej naftaliną Fédération de la Haute Couture et de la
Mode, stróżom archaicznych reguł wysokiej mody, pomysł z jedną kolekcją co dwa sezony nie spodobał się, w związku z tym Balenciagi w oficjalnym kalendarzu nie ma. Wątpliwości wzbudza też kadra atelier, obok leciwych mistrzów pracują młodzi eksperymentatorzy, poszukiwacze lepszych technologii. – Jeśli haute couture chce przetrwać, musi się zmieniać, mówi Demna. – Ręcznie robionymi haftami, koronkami i piórami tropikalnych ptaków się nie obroni. Efekt dokonanych przez Demnę reform na pokazie wyglądał tak: żółty jak kaczeńce płaszcz ze skóry na kaszmirowej podszewce, czarny dres z technicznej tkaniny z wytłoczonym logo, sukienka mini z czarnego tiulu obsypanego cekinami, kaszmirowo- -bawełniana bluza z kapturem plus luźne dżinsy z japońskiego denimu tkanego ręcznie przez staruszki z Osaki, ręcznie dziergany sweter z wełny i metalowego łańcuszka… Ostatni look to modernistyczna suknia ślubna z mieszanki jedwabiu i wełny, replika projektu Cristóbala Balenciagi, zbyt doskonałego, by można było coś jeszcze dodać. W październiku w „New York Times” Demna
oświadczył, że od teraz występuje w dwóch osobach. Jako projektant Balenciagi, wtedy samo
imię musi wystarczyć, a z nazwiskiem to już ten drugi Demna, osoba prywatna, mąż, kiedyś pewnie ojciec, zwyczajny obywatel świata, rezydent Szwajcarii. Różnica polega także na tym, że obywatel Gvasalia ma twarz i ciało, z których jest niezmiennie niezadowolony, intensywnie pracuje nad samoakceptacją z psychoterapeutą, natomiast Demna-designer nosi maskę i odstające od ciała ubrania, całość Balenciaga Haute Couture.
Ye pewnie myśli, że to on go zainspirował, przecież już lata temu występował na scenie w masce i workach, genious! No niestety, Demna ma innych mistrzów: Linda Loppa, wykładowczyni z Antwerpii, Martin Margiela, Raf Simons i przede wszystkim sam Cristóbal. Monsieur Balenciaga nie lubił się pokazywać, sfotografować pozwolił się raptem parę razy, w atelier nosił biały kitel jak wszyscy krawcy. Kim był i co robił po pracy, to wyłącznie jego sprawa. Na tej samej Gali Met, gdzie Rihanna pozamiatała chodnik Balenciagą, Demna wystąpił jako osoba do towarzystwa Kim Kardashian. Kim kocha Balenciagę miłością chorą, jest bezkrytyczna, zakłada wszystko, w co wciśnie ją Demna. Na pokaz jesiennej kolekcji pozwoliła pooklejać się żółtą taśmą z napisem Balenciaga
(cena utajniona), na Galę Met założyła sukienkę typu czarny T-shirt z trenem, czarne buto-legginsy oraz zasłaniającą twarz i włosy czarną maskę. Demna uznał, że Kim nawet bez twarzy nadal będzie rozpoznawalna, taka z niej celebrytka. Jako tzw. plus one projektant prezentował się godnie: czarna bluza z kapturem, czarne spodnie od dresu, maska. – Stałem się swoim cieniem, stwierdził zupełnie serio. Na miejscu okazało się, że bez twarzy na wierzchu prawie nic się nie widzi. Poproszono go o pozowanie do zdjęcia. Myślał, że z Jane Fondą, okazało się, że z Sharon Stone, trudno. Maska szybko została wysłana do laboratorium Mercedesa
celem podrasowania, wróciła w 51. kolekcji haute couture. Drugim ważnym dodatkiem jest tam torebka-głośnik, efekt współpracy Balenciagi z Bang & Olufsen. Pokaz otwiera sekwencja looków z neoprenu, potem sztuczne futra z prawdziwego jedwabiu, pogniecione T-shirty z aluminium i spodnie ze starych skórzanych portfeli. Jest
też beżowy trencz z teatralnym kołnierzem, fałszywy lampart, fałszywa puma, fałszywa foka oraz sukienka z płetwą grzbietową rekina i sukienka z eko piór (satyna). Dua Lipa w żółtej tafcie mini i operowych rękawiczkach z wiskozy, Bella Haddid w zielonej sukience, raczej doczepionej do jej sylwetki, niż założonej. Look numer 55 –
Kim Kardashian w czarnej sukni-skafandrze, numer 56 – Nicole Kidman w aluminiowej folii (tak naprawdę to pokryta srebrem jedwabna tafta). Pokaz zamyka suknia ślubna uszyta z 250 metrów jedwabnego tiulu w kolorze kredy. Tak obficie zdobiona, że wykończenie jej trwało 7500 godzin, a modelka miała pewne problemy z utrzymaniem równowagi. – Najlepszą lekcję projektowania dostałem w Antwerpii od Lindy Loppy, mówi Demna. Brzmiała krótko: zastanów się, czy twój projekt może założyć normalny człowiek. Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, projekt leci do kosza na śmieci. Wyceniona na 300 tysięcy euro suknia ślubna poleciała do Emiratów, kilkanaście mniej odświętnych ubrań zamówili od razu bracia bliźniacy około trzydziestki. Klienci haute couture, którzy nie są kobietami, to kolejna nowość, przed Demną najwyższe krawiectwo nie miało im nic do sprzedania. Nagrodzony Złotą Palmą w Cannes „Triangle of Sadness” (u nas przetłumaczonym po partyzancku na „W trójkącie”) to satyra m.in. na świat mody z Balenciagą w roli czarnego łabędzia, o marce śpiewają przeboje m.in. Cardi B i Beyoncé. Darmowej reklamy nigdy dość, zwłaszcza gdy ma się ambicje wyrwać modę z ramion burżuazji i rzucić na pożarcie prekariatowi. Tyle zmian w tak krótkim czasie, nic dziwnego, że Fédération de la Haute Couture et
de la Mode pogubiła się i w konsekwencji obraziła. Jeżeli jej rezerwy rozsądku nie zostały wyczerpane, strzelanie focha za sezon dobiegnie końca. Potem federacja zacznie tańczyć, jak gra Demna, innej opcji brak.