MAGAZYN

The Best of Fashion: Robert Kupisz i Małgorzata Szumowska

26.06.2020Fashion Magazine

The Best of Fashion: Robert Kupisz i Małgorzata Szumowska
Fot. Zuza Krajewska & Bartek Wieczorek

20 lat to szmat czasu - setki sesji zdjęciowych, wywiadów, inspirujących rozmów i relacji ze świata mody. To też niezliczone godziny przeznaczone na pracę nad każdym kolejnym numerem, kolegia, kreowanie nowych akcji, obserwowanie trendów i wyciąganie z nich tych najlepszych, a także nieprzerwany kontakt z czytelnikiem. 

Ten rok jest dla nas szczególny - bo w 2020 roku obchodzimy 20-lecie istnienia Fashion Magazine. Wspominamy więc najlepsze momenty z pracy nad pierwszym, w całości, polskim tytułem modowym na rynku. W naszym cyklu "The Best of Fashion" znajdziecie legendarne sesje zdjęciowe, okładki, wywiady czy artykuły z historycznych numerów Fashion Magazine, które specjalnie dla was odnaleźliśmy w naszym archiwum.

The Best of Fashion: Robert Kupisz i Małgorzata Szumowska

Do wspólnej sesji w Fashion Magazine w 2011 roku zaprosiliśmy Roberta Kupisza i Małgorzatę Szumowską. On, projektant mody, który właśnie otworzył pierwszy butik i pokazał drugą kolekcję. Ona, uznana reżyserka, wkrótce premiera jej filmu z Juliette Binoche ("Sponsoring", 2011). Prywatnie przyjaciele - tylko u nas zdobyli się na taką intymność i we wspólnej rozmowie powrócili do czasów dzieciństwa, do spełniania marzeń, do dywagowania o przyszłości. 


Rozmowa i sesja zdjęciowa pochodzi z Fashion Magazine, z 2011 roku.

Robert Kupisz i Małgorzata Szumowska: Rozmowa

Małgorzata Szumowska: Jesteśmy lewi technicznie. (sprawdza dyktafon)

Robert Kupisz: Ja miałem wczoraj sukces techniczny, kupiłem deskę do toalety, bo stara cały czas mi na plecy spadała, jeszcze jak siadałem ubrany, to było OK, natomiast jak siadałem w nocy, bez niczego...

Nago powiadasz...

Ta deska mi spadała! (śmiech). Więc wczoraj kupiłem sobie taką czarną, rock'n'rollową deskę, która na początku mi nie wchodziła, ale powykręcałem śruby i strasznie jestem z siebie dumny. Takie rzeczy mi dostarczają satysfakcji.

Satysfakcji, że przekraczasz siebie, że umiesz zamontować toaletę. Ja to rozumiem (śmiech). Jesteś super rock'n'roll man!

Tak, dom często daje mi taka, satysfakcję. Także robienie później wielkich rzeczy.

Jednym słowem: od sedesu do wielkich rzeczy, tak to najczęściej się dzieje. Lubisz siebie?

Tak, ale nie zawsze tak było. Często jako dziecko starałem się wszystkim podobać, byłem niedowartościowany i wydawało mi się, że wszyscy muszą mnie lubić, że ja powinienem każdego zaspokajać. Wchodziłem do domu zmęczony po każdej imprezie — nie alkoholem i jakimiś tam rzeczami, niespecjalnie wchodziłem w takie klimaty. Zmęczony byłem wazeliniarstwem. Strasznie tego w sobie nie lubiłem, że chciałem być taki fajny, żeby mnie wszyscy lubili. Czułem się błaznem.

Myślisz, że coś z tego zostało w tobie? Coś z błazna?

Nie. Oczywiście, teraz też szukam akceptacji u innych ludzi, to jest potrzebne, ale bardziej pokazuję siebie w szczery sposób i tą szczerością sobie w tej chwili zjednuję tych ludzi bardziej niż udawaniem kogoś innego.

Nie masz poczucia, że — nie mówię, że ja nie jestem — jesteś skrajnie skoncentrowany na sobie? Ze jesteś chorobliwym egotykiem?

Bardzo, zawsze byłem i się tego nie wypieram. Jestem też na maksa ekshibicjonistą, lubię być zauważony. Nigdy nie lubiłem być w cieniu, od dziecka, jak jeszcze w tych Gackach byłem...

O Gackach musimy pogadać! Bo dla mnie ty jesteś Robert z Gacek i lubię tego Roberta, który był kiedyś małym chłopcem, gdzieś na końcu świata, w głębokiej komunie.

Robert z Gacek to ja! Moja mama była kierownikiem domu kultury, ojciec był panem od muzyki, często też dyrygentem zespołu miejscowego. Klimaty jak w czeskim kinie. Wszystko się działo w tym domu kultury, od rana do nocy braliśmy udział we wszystkich możliwych kółkach. Jak nie wygrałem jakiegoś konkursu, to darłem buzię tak, że i tak w końcu dostawałem nagrodę, nawet jak miała być dla kogoś, kto zdobył pierwsze miejsce. Byłem egoistycznym dzieckiem, ale też wychowano mnie w ten sposób. No, miałem jakąś władzę w tym domu kultury, wszystkie dzieci chciały się ze mną kumplować, bo to ja miałem dojście do tenisa stołowego. Z mojego mieszkania wchodziło się przez kino do domu kultury, czyli mogłem oglądać wszystkie filmy z drugiej strony ekranu. Jak były wyświetlane jakieś znane tytuły, akademie — to było strasznie tandetne z dzisiejszego punktu widzenia, ale wtedy dla nas to była bajka — ukrywaliśmy się na balkonach, tam, gdzie światła były ustawione, i oglądaliśmy.

To pewnie wzbudziło w tobie tęsknotę za czymś innym, za jakimś nieznanym światem. Gdy poznaliśmy się bliżej, to podczas pierwszej rozmowy opowiadałeś o Gackach. I mówiłeś to tak plastycznie, oddałeś klimat, jakbyś opowiadał kamerą. Pomyślałam, że to byłby niesamowity film — o małym chłopcu w Gackach, którego sobie wyobrażam w przykrótkich spodenkach, że ogląda te filmy z tyłu, że zbiera kasztany, chodzi pod cukiernię...

Dokładnie tak było!

I nagle wyjeżdża do wielkiego miasta i robi karierę, robi to, o czym marzył. 

Taki Billy Elliot!

Polski Billy Elliot, bo ty przecież jesteś też tancerzem.

Mój ojciec kazał mi grać, bo był muzykiem. Musiałem uczyć się na jakichś instrumentach, czego nie cierpiałem — wybrałem sobie taniec. Czułem, że noszę go w sobie. Potrzebowałem tylko miejsca i czasu, kiedy będę mógł to rozwinąć. Znalazłem to dopiero w Kielcach. Ale te Gacki były bardzo barwne, tam się wszyscy znali, moja mama jakiś teatr założyła w domu kultury, gdzie pani sprzątaczka była aktorką, pan plastyk robił scenografię, były dwie piosenkarki Stasia i Krzysia, takie gwiazdy gackowskie, które występowały na wszystkich akademiach, wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli. W wakacje jeździliśmy jelczem do Jastarni.

To są wspomnienia z dzieciństwa, obrazy, które zostają. To ci się kojarzy z bezpieczeństwem? Czy z czymś smutnym?

U mnie to zawsze była skrajność, ponieważ w domu miałem problemy. Pamiętam te historie i nie było to fajne, natomiast dookoła było strasznie ciekawie, działo się tak dużo i intensywnie...

A gdy czujesz, że jesteś samotny i masz depresję, i wszyscy mają cię w dupie, to masz taką tęsknotę, by wrócić tam i być znowu małym chłopcem w Gackach?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale raz pojechaliśmy na zdjęcia w Juracie, skąd jest kilka kilometrów do Jastarni. Jak mieliśmy wolne, to sam tam poszedłem. Było już po sezonie. Jest tam taki ośrodek komunistyczny nad zatoką, który wydawał nam się kiedyś najpiękniejszy, i poszedłem tam w te miejsca z dzieciństwa i prawie się rozpłakałem. Było tak pusto, tak inaczej. Czułem, że to już jakoś przeszło.

Że to już takie małe?

No, małe, ciasne. Strasznie mnie to miejsce wzruszyło, nie przypuszczałem, że aż tak. Musiałem zadzwonić do mojego przyjaciela i powiedzieć mu, że się wzruszyłem, że jestem w tych miejscach, że strasznie tęsknię za Gackami. Zawsze sobie obiecuję, że tam pojadę, i nigdy nie pojechałem. Ale muszę to zrobić.

To ja się chętnie z tobą wybiorę.

Tak? No to już. Do Gacek.

Pewnie, że tak. To jest właśnie dziwne, że człowiek sobie obiecuje, za czymś tęskni, a jednak jest przywiązany do tego, co tu i teraz, i w końcu nigdzie nie jedzie. My też pewnie do Gacek nie dojedziemy.

Koncentrujemy się na przyszłości, ale zrozumiałem, że od przeszłości też nie powinniśmy uciekać. To są nasze korzenie. Ja uważam, choć to takie wyświechtane, że to, co mi te Gacki dały przez te dziesięć lat, bo ja tam dziesięć lat mieszkałem, to mnie ukształtowało, dało przepustkę do tego, co robię teraz.

Ale pewnie to, co robisz teraz, jest też ucieczką od Gacek. Teraz jesteś na topie, w wielkim mieście, pełnym wygłodniałych maskarady i kariery ludzi... 

Myślę, że jakbym został wychowany w innym miejscu, w lepszych warunkach, to byłoby inaczej, nie osiągnąłbym tego, co mam. Ale nie chcę tam wracać.

Czułeś, że jesteś inny, uciekniesz, wyfruniesz i zostawisz te Gacki za sobą. Walczyłeś i wygrałeś.

No właśnie, nigdy siebie nie odbierałem jako walecznego, a okazuje się, że jestem, bo trzeci raz zmieniam zawód.

I nie boisz się?

Boję się.

Ale niektórych ludzi zmiany kompletnie paraliżuję.

Ja dopiero jak wskoczę do głębokiej wody, to sobie przypominam, że nie umiem pływać.

Szalona odwaga. Dla mnie taka osobowość to jest zbitka dwóch rzeczy. Z jednej strony kompleksy, niepewność, z drugiej — przekonanie o swojej wyjątkowości. Jak polubisz swoje niepewności, lęki możesz skakać..

Polubić swoje lęki?

Oswojone lęki to siła napędowa tego, co robimy. Choć trudno je zaakceptować, bo wymaga to przekroczenia bariery wstydu. Robisz to i już się nie boisz. Składamy się z dwóch stron, które są skrajne, a zarazem przyciągają się jak magnes: kompleksy, lęki i uwielbienie siebie. To tworzy właśnie tę zdolność, że jesteś w stanie coś zrobić, i właśnie tak po bandzie. Ja wyważam z czaszki drzwi, natomiast gdzieś w środku bardzo się boję.

Ja też tak mam.

Nie myślę o tym, a potem płacę za to bardzo dużą cenę.

Jaką?

Jestem niestabilna emocjonalnie. To się we mnie nagle kanalizuje. Nie ma ujścia. Nie ma ujścia, moi przyjaciele, partnerzy życiowi, też czasem nie mogą tego znieść i nie mogą zrozumieć. A ja często sama siebie bezczelnie będę tłumaczyć, że jeżeli człowiek ma lat 38, zrobił pięć filmów fabularnych, ma jeden przed premierą z Binoche, drugi w montażu z Chyrą, a ten z Chyrą zrobił za minimalne pieniądze na wariata, jeszcze wychowując sześcioletnie dziecko, to masz tyle, kurwa, na głowie, tyle lęków musisz pokonywać, żeby się nie bać, że gdzieś nagle zaliczasz wpadkę.

No właśnie. Ja mam to samo, ale się zastanawiam, skąd się te lęki biorą. Z tego, że zmianami zostaje zaburzone poczucie bezpieczeństwa. I już się nie śpi, bo się myśli. Albo zepsuje się telewi-zor, jakiś drobiazg, a ty wpadasz w histerię.

Tak, histeria. Stan manii. Koniec końców człowiek zawsze jest skazany sam na siebie. Możesz mieć rodzinę, dzieci, możesz tworzyć dom, to jest superwazne, bo to jest wyspa, którą budujesz w otaczającym cię świecie, i bez tej wyspy ciężko żyć. I te wyspy mogą być różne. Ale koniec końców...

Czasami są bezludne.

Ty masz wyspę, nie? A jesteś singlem. Ja jestem otoczona ludźmi, jednocześnie z poczuciem ogromnej samotności.

Naprawdę?

No oczywiście, człowiek jest sam. Przez najgorsze lęki musi przejść sam.

Kiedyś mi Krzysiek Warlikowski powiedział, że on nigdy nie pracuje z ludźmi, którzy nie są pobrudzeni życiowo. Chce z takimi, którzy coś musieli przeżyć, wtedy jemu jest łatwiej pracować, wyciąga z nich prawdę. I z Mają (Ostaszewską, przyp. red.) też o tym rozmawiałem. Ze przez to wszystko, co ona przeżyła jako nastolatka, nie musi teraz, jak ma wyjść na scenę, się zastanawiać, budować roli, tylko ma to w sobie i po prostu to robi. Wydaje mi się, że te wszystkie rzeczy z przeszłości, które często są niefajne, patologiczne, wpływają na to, że ja w tej chwili czuję inaczej. Wydaje mi się, że w czasie komunizmu wielu ludzi tworzyło wybitne rzeczy, niepowtarzalne, ponieważ byli inaczej przygotowani do swojej pracy.

Wtedy było co innego.

Wiem, ale zobacz wpływ niedostatku w komunizmie. Byłem w liceum plastycznym, wszyscy tam chcieliśmy inaczej wyglądać: haftowaliśmy ubrania, przeszywaliśmy rzeczy, szyliśmy buty, sami się strzygliśmy, sami farbowaliśmy. Myślę, żeśmy wyglądali naprawdę bardzo fajnie. I wyda-je mi się, że przez to nauczyłem się tego, co robię teraz. Jak porównuję siebie z tymi młodymi ludźmi, którzy kończą St. Martins itd., to ja wiem, że będę zawsze inny niż oni, bo mam inną edukację, komunistyczną właśnie.

Miałam 16 lat, jak komunizm upadł. Pamiętam świat pozbawiony rzeczy, które można kupić, bez pędu do konsumpcji, a zarazem świat zagrożony. Ja bym się nigdy nie zamieniła z dzisiejszymi dwudziestoparolatkami. Komuna dała mi power, teraz to widzę. Jak mieszkałam w Paryżu prawie rok, to zawsze im mówiłam, że „jestem z komuny", co znaczyło tyle, że mało co mnie może ruszyć.

Bo mieliśmy komunizm, i mamy możliwość życia teraz.

I jesteśmy na to życie zachłanni, co jest fajne, a ci młodzi już zachłanni nie są, bo dla nich to oczywistość. Nas ciągle wszystko interesuje, nowe trendy, a oni zakładają rurki i zerówki i udają, że są hipsterami, ale się nie zastanawiają, co to znaczy.

Masz uczucie, że coś się spełniło? Bo ja jako dziecko, w Gackach, a później w Kielcach, zawsze marzyłem, żeby się zajmować modą, poznawać znanych ludzi, spotykać się z reżyserami, aktorami, wokalistami, żeby być w różne miejsca zapraszany. I kiedyś sobie tak pomyślałem, że ja to wszystko mam, że to marzenie udało mi się zrealizować. Masz coś takiego?

Tak. Moje marzenie było takie, żeby coś tworzyć, obojętnie co. Też próbowałam tańca, do którego teraz chcę wrócić. Próbowałam śpiewu, tysiąca rzeczy, a na reżyserii wylądowałam przez przypadek — pojechałam na egzamin i się dostałam. Tez przez przypadek — po prostu pojechałam na filmówkę i się dostałam. I z filmem mi wyszło. Więc moje marzenia się spełniły, choć jeszcze nie wszystkie. Bo ja chciałam jeszcze i jeszcze. Nie chodzi o karierę, chciałam robić filmy, które będą dotykać zagadki życia. Pomieszania lęku z pięknem świata, to trudno nazwać. A tak rzadko mi wychodzi...

Dotykać, żeby pomagać ludziom? Czy sobie?

Teraz mi się perspektywa zmieniła. Przedtem chciałam wyrażać tylko siebie, ale stwierdziłam, że to trochę nudne. Teraz chcę pomagać ludziom, żeby coś do nich docierało i na chwilę zmieniało. Nawet na 15 minut. Mam fazę na Caritas... (śmiech).

A kiedy ostatnio sama miałaś taki moment, gdy oglądałaś film?

Na „Melancholii" von Triera. Wbiło mnie w fotel i do dziś tego nie zapominam. Książki też tak działają, choćby Miłosz, jak go sobie teraz czytam. Kiedyś lałam z tego, bo wciąż w Krakowie słyszałam „Czesław, Czesław". Rodzice mnie ciągnęli na jakieś eventy z nim i z Szymborską, a dla mnie to było do wyrzygania. Taka mieszczańska duchota.

Miałaś okres buntu, a cię ciągnęli do ikon.

Już wolałam Świetlickiego, jak się drze „Ła, ła" do mikrofonu. Swoją drogą, Świetlicki to wybitny poeta. Ale sięgnęłam ostatnio po Miłosza i jestem zaszokowana. W poezji da się dotknąć tej tajem-nicy łatwiej niż w kinie. Bo kino to dosłowne narzędzie, przez co zabija „to coś". Poezja i muzyka są chyba najwyższymi ze sztuk. No, ale mój pech polega na tym, że ani pisać wierszy, ani komponować muzyki nie potrafię.

W Gackach miałem dużo sztuki prymitywnej, takiego kiczu, nie obcowałem ze sztuką wysoką jak ty (śmiech) i do dziś kicz lubię.

Ja nie bardzo.

Bardzo się wyedukowałem przez ludzi, z którymi pracowałem. Szybko się uczę, klimatyzuję.

A czy uważasz, że osoba, która nie ma naturalnego wyczucia stylu i gustu, jest w stanie się wyedukować? 

Może nie, ale ja mam wyczucie stylu. Nie rób ze mnie jakiegoś wała. Też mi się zdarza obcować z kulturą wysoką.

Co za głupia nazwa...

Raczej. Ale ostatnio czytam wiersze Baczyńskiego, on stał się dla mnie inspiracją. Jest w nich jakaś depresja, to szkło w oku nie jest związane tylko z wojną. My nie szanujemy naszych idoli narodowych, właściwie Baczyński dla mnie ma większą siłę niż na przykład James Dean. Wiadomo, jeśli ma być legenda, to musi być osoba konkretna, piękna, utalentowana. Baczyński umarł śmiercią bohaterską jako młody chłopak. My się zachwycamy jakimiś gwiazdami hollywoodzkimi, a mamy Baczyńskiego, który był piękną osobą, szlachetną, bardzo utalentowaną. „Wyprowadzę z rzeczy cień, które prężą się jak koty" — tam jest coś takiego, że jak mamy stres, depresję, to nagle cienie poszczególnych rzeczy stają się przerażające. I on wyprowadza te cienie...

Tak jak teraz myślę o tobie, to siłą twoją jest to, że ty chcesz się uczyć.

Bardzo chcę.

Jesteś spragniony edukacji. Mój ojciec zawsze mówił, że człowiek do końca życia, do osiemdziesiątki, powinien chcieć się uczyć. Głód wiedzy, ciekawość świata... Moment, w którym tracisz ciekawość czy w ogóle chęć przyglądania się światu, ludziom, to jest moment, w którym zaczynasz się starzeć. On może nigdy nie nadejść, jeśli ciągle jesteś głodny.

Po raz trzeci zmieniam życie. Bo najpierw szkoła tańca, osiągnąłem sukces na skalę międzynarodową, w stylizacji włosów również. Teraz kolejny etap. I to jest coś takiego, że ja się czuję, jakbym kończył studia i zaczynał wszystko od nowa. To jest ta nowa energia. Ja się czuję młody i świeży, bo muszę znowu zdobywać, udowadniać różne rzeczy ludziom. To jest niesamowite.

Czujesz się dobrze ze swoim wiekiem? Z tym, że ciało się starzeje?

Czuję się dobrze ze sobą, o wiele lepiej niż 20 lat temu. Właśnie dzisiaj są moje urodziny.

O, wszystkiego najlepszego! Dzięki. Nie cofnąłbyś zegara? Żeby mieć dwadzieścia parę lat?

Nie, bo teraz czuję się najbardziej atrakcyjny, lubię siebie takiego, jakim jestem, a nie tamtego ze słoikami wazeliny na każde spotkanie. Lubię w sobie to, że jestem wolny — mogę zawsze powiedzieć, że nie, nie podoba mi się, do widzenia i tak dalej, nie mamy o czym mówić. To jest strasznie fajne, już nie czuję, że muszę. Ja zawodowo mogę się nagiąć do pewnych rzeczy, chociaż nieczęsto to robię, natomiast prywatnie spotykam się z tymi, z którymi się chcę spotkać. Jest taki moment, że przestajesz przejmować się cudzą opinią na swoj temat. I to ci daje wolność i lekkość. 

Zdjęcia: Zuza Krajewska & Bartek Wieczorek
Makijaż: Gonia Wielogha / Van Dorsen Artists
Fryzury: Michał Bielecki
Produkcja sesji: Szymon Machnikowski

Czytaj dalej