STYL ŻYCIA

Ikony (w) stylu vintage: Françoise Hardy

10.11.2020 Redakcja Fashion Magazine

Ikony (w) stylu vintage: Françoise Hardy

Urodziła się w Paryżu w latach 40. i wychowywała właściwie tylko z mamą i siostrą. Po rozwodzie rodziców bardzo rzadko spotykała się z ojcem, ale paradoksalnie to właśnie jemu zawdzięcza swoje pierwsze gitarowe doświadczenia. To on podarował jej pierwszą gitarę klasyczną, na której powstawały, metodą prób i błędów, kolejne utwory. Najpierw nauczyła się kilku podstawowych akordów, potem próbowała odtwarzać ulubione kawałki Presleya czy Cliffa Richarda, które usłyszała akurat w radiu Luxembourg.

W wieku 17-stu lat trafiła na ogłoszenie w gazecie i dostała się na swoje pierwsze, zakończone sukcesem, przesłuchanie dla początkujących wokalistek. Było to dla niej trochę krępujące, ponieważ Françoise Hardy nigdy nie była typem duszy towarzystwa, a raczej skromnej i cichej dziewczyny z sąsiedztwa, która z dnia na dzień stała się gwiazdą numer jeden francuskiej piosenki. Zwłaszcza po wydaniu głośnego „Tous les garçons et les filles” („Wszyscy chłopcy i dziewczęta” przyp.red.), który trafił nawet na brytyjskie listy przebojów (a trzeba podkreślić, że w latach 60. Brytyjczycy rzadko doceniali muzyków innej narodowości niż angielska) i sprzedał się w, bagatela, dwóch milionach egzemplarzy. Dla porównania – to więcej, niż udało się sprzedać Edith Piaf, w ciągu kilkunastu lat na scenie. Ta piosenka szybko więc zyskała miano kultowej, a sama Rei Kawakubo zainspirowała się nią w tworzeniu nazwy marki Comme des Garçons w 1969 roku.

Jak przystało na rodowitą Paryżankę, Françoise znana była nie tylko ze świetnych występów i francuskich przebojów, ale także doskonałego stylu, którego korzeni można się dopatrywać w kulturze swingującego Londynu. W 1966 roku „The New York Times” pisał o niej, iż, obok France Gall i Sylvie Vartan, jest kwintesencją nurtu yé-yé (czyli charakterystycznego dla europejskiego popu stylu, mocno osadzonego w twórczości The Beatles). Białe kozaki noszone z mini spódniczkami o kształcie litery A, miękkie swetry zestawiane z białymi dżinsami i trampkami, długie płaszcze o męskim kroju, a pod nimi kuse sukienki – dziewczyny yé-yé balansowały na granicy słodkiej dziewczęcości i seksownej kobiecości. Nie epatowały, jak diwy poprzedniej dekady, erotyzmem i nie promowały kobiecych krągłości.

Ten subtelny seksapil Françoise doceniali najwięksi artyści jej epoki m.in. Mick Jagger i Bob Dylan. „(…)Zabrał mnie do hotelowego pokoju tuż po swoim koncercie w Paryżu [Bob Dylan przyp.red.] i zagrał niepublikowane wcześniej kawałki „I want You” i „Just like a woman”, ale nie był dla mnie atrakcyjnym mężczyzną i mierziła mnie jego niepewność siebie. Jagger był zupełnie inny. Był kimś, w kim w zasadzie mogłabym się zakochać. Niestety, w tamtych czasach chodził z Chrissie Shrimpton”., wspominała francuska piosenkarka w jednym z wywiadów. Zafascynowany młodziutką Francuzką był też surrealista Salvador Dali.

Ikony (w) stylu vintage: Françoise Hardy

Jak wiele ikon swoich czasów Hardy miała również swoje pięć minut na srebrnym ekranie. Zadebiutowała w 1965 roku malutką rolą w filmie „Co słychać, koteczku?” ze scenariuszem Woddy’ego Allena, a rok później otrzymała nieco większy angaż w „Grand Prix” u boku Jamesa Garnera. Wyjątkowa uroda i niebanalne podejście do mody Françoise przysporzyła jej fanów w postaci wielkich projektantów – Yves Saint Laurent i Paco Rabanne. Na pokazach tego pierwszego wokalistka zawsze siadała w pierwszym rzędzie, a Paco Rabanne stworzył dla niej futurystyczną złotą kreację w stylu disco, którą miała na sobie m.in. podczas sesji dla „Vogue’a”. W innej sesji promowała równie błyszczący kombinezon z metką Rabanne

XXXX

Obecnie Françoise inspiruje młodsze pokolenia np. Alexę Chung i dyrektora kreatywnego Louis Vuitton, Nicolas Ghesquière. Trzy lata temu obchodziła okrągłą, 50-tą rocznicę rozpoczęcia muzycznej kariery i wydała z tej zacnej okazji 27. album „L’Amour fou”. W tym roku w marcu ukazała się z kolei jej autobiografia „Avis non autorisé…” (fr. „Nieautoryzowana opinia”), w której rozlicza się z przeszłością, niechęcią do swoich największych hitów i przemijającymi latami. Zdecydowanie polecamy, nie tylko fanom.