MAGAZYN

Dora Maar wysusza łzy

27.01.2020Piotr Zachara

Dora Maar wysusza łzy
Fot. FOT.: MAT. PRASOWE, ADAGP, PARIS AND DACS, LONDON 2019, CENTRE POMPIDOU, MNAM-CCI / P. MIGEAT / DIST. RMN-GP, CENTRE POMPIDOU, MNAM-CCI, DIST. RMN-GRAND PALAIS / IMAGE CENTRE POMPIDOU, MNAM-CCI

Komu najbardziej zależało na tym, żebyśmy w muzie i kochance Picassa nie dostrzegli wybitnej surrealistki?

Tekst: Piotr Zachara

Zacznijmy od rzekomego początku końca, w ten sposób szybko pozbędziemy się na dłużej Picassa. Zatem mamy maj 1943 r., upał, Dora Maar je obiad w restauracji Le Catalan na lewym brzegu Sekwany, w tej części Paryża, którą artyści zaczynają lubić bardziej niż Montmartre. Towarzyszy jej prawie mąż Pablo Picasso, 62-letni i ostentacyjnie toksyczny. Kilka stolików dalej siedzi Françoise Gilot, lat 22, początkująca malarka, ładniutka, świeżutka, totalnie w typie Picassa. Pablo próbuje nawiązać kontakt wzrokowy. Odnosi sukces. Uśmiecha się w stylu typowym dla uczestników polowania. Uśmiech zostaje odwzajemniony. Uzbrojony w ego, buzujący testosteron oraz miseczkę pierwszych w tym roku czereśni przysiada się do Françoise, będzie ordynarnie flirtować. 36-letnia Dora w tej chwili rozpada się na kawałki jak w obrazach swego prawie męża, dla niego już nie istnieje. No nie do końca, zrywać będą 36 miesięcy. Gilot ma dziś 97 lat i nie ustaje w staraniach, by świat zapamiętał ją jako tę, która więcej niż raz powiedziała Picasso: nie. Urodziła mu dwoje dzieci, malowała tak, by nie wyszło lepiej niż u mistrza, ale gdy zapowiadało się, że zostanie kolejną ofiarą mizogina, wyemigrowała do lżejszego życia. Maar miała mniej czasu i determinacji, by wypolerować swoje CV, los przydzielił jej rolę muzy i kochanki, inspiracji 60 portretów pod tytułem „Kobieta, która płacze”. Co z tego, że na żadnym z nich siebie nie rozpoznała, Picasso chyba lepiej wie, kogo namalował. Sprawiedliwość lubi się spóźniać, dopiero teraz, dzięki wystawie w Tate Modern w Londynie, dociera do nas, że Dora Maar to przede wszystkim artystka, zaczęła nią być na długo przed Picassem, a po Picassie wcale się nie skończyła. Bez niej surrealizm byłby uboższy o kilka mocnych kadrów.

Henriette Theodora Markovitch pierwsze imię i połowa drugiego przestają jej się podobać. Proponuje, by od teraz wszyscy zwracali się do niej: Dora. Rodzice są za, fajnie, że córka jest kreatywna. Tak przy okazji, tata ma na imię Joseph, jest Chorwatem i architektem, w 1910 r. dostaje gwiazdorski kon- trakt w Buenos Aires. Jego francuska żona Louise Julie Voisin tęskni za swoim światem, wraz z córką regularnie wraca transatlantykiem do Paryża. Dzięki temu Dora biegle mówi po francusku i hiszpańsku, a co się dzieje z nią i wokół niej, gdy tak kursuje między kontynentami, utrwala aparatem podarowanym przez tatę (to raczej eks- kluzywna zabawka). W 1920 r. matka dochodzi do wniosku, że nie można przekreślać przyszłości córki tylko dlatego, że chwilowo żyje im się wygodnie. Maturę Dora musi zdać na Starym Kontynencie i tam też pójść na studia, obie więc na stałe wracają do Paryża. Tata tudzież mąż obiecuje wspierać je na wszelkie możliwe sposoby, zwłaszcza finansowo.

Z rodowym nazwiskiem panna Markovitch robi porządek w 1931 r., skraca je o dwie trzecie, ale dubluje „a”, Dora Maar brzmi jak z innej galaktyki lub z kina. Akurat takich ambicji nie ma, raz w życiu dla hecy zagra rolę kobiety, która wysiada z tak- sówki. Będzie to w 1933 r. w filmie pt. „Monsieur Cordon” w reżyserii Pierre’a Préverta, podczas montażu scena zostanie wycięta. Szkoda, bo Dora jest fascynującym zjawiskiem także pod względem estetycznym. Portretują ją Man Ray i Jean Cocteau, dla nich jest kobietą nowego stulecia: inteligentna, piękna, nie śpieszy się do małżeństwa, sama szuka pomysłu na dalszy ciąg życia, a to, że poszukiwania sponsoruje tata, w niczym nikomu nie przeszkadza. Dora zdobywa wykształcenie typowe dla kobiet, które chcą być artystkami, ale boją się bezrobocia, zalicza trzyletni kurs w paryskiej Union centrale des arts décoratifs. Wiele się tam nie nauczyła, ale nawiązała kontakty z ludźmi, którzy potrafią doradzić i zainspirować. Emmanuel Sougez, szef działu foto w magazynie „L’Illustration”, podpowiada, by darowała sobie malarstwo, lepiej niech robi zdjęcia, trochę doświadczenia już przecież ma, a fotografia to przyszłość.

Artykuł pochodzi z zimowego wydania Fashion Magazine. Magazyn dostępny jest do zakupu w salonach Empik, inMedio i RelayE-wydanie już teraz możecie ściągnąć na swój telefon, tablet lub komputer. Więcej tutaj.

Czytaj dalej