STYL ŻYCIA

Slow, czyli można wolniej… przekonuje Beata Sadowska

13.08.2020 Beata Sadowska

Slow, czyli można wolniej… przekonuje Beata Sadowska

Wie, co mówi, bo przestała pędzić! Pracuje mniej, przeprowadziła się w góry, ma czas dla dzieci i na ćwiczenia oddechowe. Pije wreszcie gorącą kawę, a nie ostygłą. I patrzy z zachwytem w niebo.

Ostatnio policzyłam, od ilu lat pracuję jako dziennikarka – od 27! Brzmi poważnie, prawda? Byłam reporterem politycznym, czytałam newsy, robiłam wywiady z prezydentami, premierami, ministrami i największymi gwiazdami show-biznesu. Widziałam się z Billem Clintonem i Jackiem Nicholsonem. Z Woody Allenem i Madeleine Albright. Pracowałam w radiu, telewizji, prowadziłam programy śniadaniowe i festiwal w Sopocie. Kochałam żyć szybko. Lubiłam, jak się dzieje. Dni pędziły jak szalone, ja razem z nimi. Mało spałam, dużo działałam. Pewnie też niewiele się nad życiem zastanawiałam. Było mi dobrze. To był mój świat. Prawo wieku? Na pewno. Dziś żartuję, że takiego tempa i takiej intensywności nie wytrzymałabym trzy dni z rzędu! Prawo wieku? Niekoniecznie. Raczej mój wybór. Świadomy.

Kiedy na świat miał przyjść nasz drugi syn, Kosma, jego starszy brat miał zaledwie 2,5 roku. Cholera, pomyślałam, on jest jeszcze taki mały, a już będzie miał mniej mamy. Pracowałam wtedy w radiu i telewizji. Moimi szefowymi były kobiety. Poszłam do obu, żeby powiedzieć, że odchodzę. Kiedy usłyszały dlaczego, pokiwały ze zrozumieniem głowami. Obie powiedziały mniej więcej to samo: „Nie mamy argumentu na twoje słowa, że chcesz mieć więcej czasu dla dzieci. Zawsze możesz wrócić”.

Czy się bałam, że kiedyś może już nie być dla mnie miejsca? Że zostawiam bezpieczeństwo finansowe i stałą sumę co miesiąc na koncie? Że mi coś ucieknie? Że coś przegapię? Nie. Miałam dużo więcej do stracenia: pierwszy uśmiech, pierwsze kroki, pierwsze „mamo”. Tego na pewno nie chciałam żałować. Nie przegapiłam u pierwszego synka, nie przegapiłam u drugiego. Wiedziałam już, że macierzyństwo to inny rytm, że rządzi się swoimi prawami, że nie da się go wpisać w sztywny grafik. Tak, kiedy na świecie pojawił się Tyś – mój pierworodny, szybko wróciłam do pracy, ale na moich zasadach: dwa razy w tygodniu na maksymalnie dwie godziny, żebym zdążyła wrócić na karmienie. Kiedy opowiadam o tym podczas wykładów dla kobiet, często widzę w ich oczach smutek, żal, czasem łzy. Często są to panie prezeski, członkinie zarządu, menedżerki zarządzające ogromnymi korporacjami. Odnoszą sukcesy, robią wielkie kariery, a jednak wzrusza ich opowieść o pierwszym uśmiechu dziecka. To była moja droga, której nigdy nie żałowałam. Każdy ma swoje decyzje do podjęcia. Zawsze jest to kompromis. Dla każdego inny.

Rozsmakowałam się w tym innym rytmie. Wiadomo, z dzieckiem nie odpoczniesz, zwłaszcza gdy pod nogami biega drugie, a jednak to tempo było jakieś bardziej moje. Nie narzucone z góry (no chyba że przez pory karmienia), ale wybrane. Nie chciałam się z nim rozstać. Zaczęłam myśleć o czymś, co pozwoliłoby mi funkcjonować na moich zasadach: zawodowo i domowo. Nie chciałam zawieszać pracy na kołku, bo kocham i zawsze kochałam to, co robię. Jeszcze za wcześnie na emeryturę. Co zrobić, żeby żyć wolniej, spokojniej, zdrowiej. Mieć czas dla dzieci, nie zgubić w tym siebie i połączyć to wszystko z pracą?

Lubię powtarzać, że nawet maraton zaczyna się od pierwszego kroku. Od postanowienia, że chcę biegać, rozpisania planu
treningowego i wytrwałości w jego realizacji. Nie bałam się, że sobie nie poradzę, z domu wyniosłam przekonanie, że dopóki jestem zdrowa, mogę wszystko. Nie muszę być na okładkach, mogę uprawiać ekologiczną marchewkę albo parzyć pyszną kawę z kardamonem. Chciałam żyć z pasją. Nie jechać na autopilocie. Nie pędzić jak chart wypuszczony z boksu. Nie zasuwać z wywieszonym językiem ze spotkania na spotkanie.

„Sadziu, a może przenieślibyśmy się gdzieś w naturę?” – zapytał kiedyś mój Paweł, który sam wykonał zwrot o 180 stopni: od radcy prawnego po przewodnika wysokogórskiego, który wchodzi z ludźmi na Mont Blanc albo zabiera ich w Himalaje. Jakoś sobie tego nie wyobrażałam, co innego funkcjonować na własnych zasadach, co innego wylądować na wsi w zupełnie nieznanym mi miejscu. Na to nie byłam jeszcze gotowa. Albo bałam się przyznać, że to jest możliwe.

Kilka lat temu pojechaliśmy w góry na dwa miesiące, potem na trzy, w kolejnym roku zostaliśmy już sześć miesięcy. Rok temu postanowiliśmy spróbować na dłużej. Dla Pawła ten wybór był oczywisty, mnie straszył samymi znakami zapytania. Okazało się jednak, że wszystko można. Można pracować w Warszawie i mieszkać z widokiem na ośnieżone szczyty. Pewnie, że się bałam, ale okazało się, że to strachy na lachy. Przed COVID-19 byłam w Warszawie raz na dwa tygodnie, nagrywałam programy, prowadziłam konferencje, dawałam wykłady dla kobiet. To było na pewno bardziej wymagające logistycznie, ale nie niemożliwe. Co zyskałam? Spokój. Tak, o dziwo spokój.

Cały artykuł przeczytacie w nowym letnim wydaniu Fashion Magazine (02/2020) >>