brak kategorii

Niemodny Brexit, czyli katastrofalne skutki dla (nie tylko brytyjskiej) branży mody

24.06.2016Redakcja

Posypały się światowe giełdy, również brytyjska. Ona akurat stosunkowo niewiele, bo słaby funt to szansa dla eksporterów. Mimo to, wartość setki przedsiębiorstw notowanych na FTSE100, gdzie znaleźć można Mulberry, Jimmy Choo czy i przed Brexitem pogrążone w piramidalnych kłopotach Burberry spadła o 122 mld funtów. Wychodzenie Albionu z Unii zajmie dwa lata, wszelkie scenariusze są więc możliwe – od głębokiej recesji na światowych rynkach, po (tylko) kryzys w samej Wielkiej Brytanii. Pewne jest, że ucierpi wizerunek. Zarówno samej Unii - osłabionej, pozbawionej drugiego po Niemczech największego gracza i z kiepskim PR-em zrobionym jej przez brytyjskich eurosceptyków, jak i Wielkiej Brytanii. A wizerunek w świecie mody odgrywa kluczową rolę. Caroline Rush z British Fashion Council otwarcie przyznała, że rozżalenie branży na decyzję o wyjściu z Unii rozprzestrzeni się na partnerów biznesowych, współpracowników i odbiorców na kontynencie i poza Europą. Fakt, brytyjscy projektanci byli gorącymi zwolennikami zostania w jej strukturach. Christopher Kane przyznawał, że skala strat, jakie może odnieść brytyjska moda „jest przerażająca”. Założycielka marki Boudicca, Zowie Broach, martwiła się, że po wyjściu Zjednoczonego Królestwa z Unii, cło okaże się podobne do tego, co w Szwajcarii i USA, a przez to eksport ubrań jej marki do unijnych rynków stanie się kompletnie nieopłacalny. Z kolei Christopher Bailey z Burberry podpisał otwarty, opublikowany w „The Times” list stu liderów brytyjskiego biznesu, nawołujący do pozostania w Unii. Projektanci zaprotestowali też przeciw Brexitowi symbolicznie, zakładając koszulki. „Nie pozwól, by starsze pokolenia decydowały o twojej przyszłości”, głosił T-shirt Vivienne Westwood; młodzi jej posłuchali, masowo odrzucając w wyborach Brexit, zapomnieli jednak pójść w ślady swoich polskich kolegów z 2007 roku i zabrać dowód babciom, skutkiem czego to one, do spółki z dziadkami doprowadziły do obecnej sytuacji. Projektanci marki Sibling wyszli natomiast w koszulkach z napisem „In” (czyli „zostać”) w finale swojego ostatniego londyńskiego pokazu w ramach tygodnia mody męskiej. A co na to Francja, największy producent dóbr luksusowych na świecie? Pascal Morand, prezes Fédération Française de la Couture, du Prêt-à-Porter des Couturiers et des Créateurs de Mode twierdzi, że Brexit uderzył w europejskie wartości i tożsamość. Różnorodność i otwarcie na świat to jej rdzeń, tak samo, jak są rdzeniem mody. „Teraz trzeba je promować bardziej niż kiedykolwiek" - mówi Morand w rozmowie z „Business of Fashion”. Tylko jak? Dziś na to pytanie nikt nie zna odpowiedzi. Tracą nawet brytyjskie uczelnie mody, inkubatory talentów i idei. Rozwijały się dzięki funduszom unijnym. Wizja zakręconego wkrótce kurka sprawiła, że University of London wysłał dziś uspokajającego mejla do wszystkich swoich studentów. Jego władze – a podlega im także słynne Central Saint Martins – przyznają w nim jednak, że Brexit z pewnością ich dotknie. Nie tylko zresztą finansowo. Jak zauważa Business of Fashion, Londyn był hubem, do którego lgnęli najbardziej utalentowani Grecy (Mary Katrantzou), Serbowie (Roksanda Ilincic), Portugalczycy (Marquez Almeida). Przyszłość Londynu, jako światowej, kosmopolitycznej i otwartej metropolii, rysuje się teraz mgliście. Jak, niestety, przystało na jego słynną pogodę. Podobnie mało atrakcyjne mogą stać się brytyjskie marki. British w 2016 roku jest jak Deutsch pod koniec lat 40. XX wieku. Zwłaszcza, że Unia Europejska, wyrosła na Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali, powstała po to, by nie dopuścić do kolejnej wojny. Wierzono, że integracja zatrzyma nacjonalizm i sprawi, że konflikt zbrojny w obrębie Europy będzie nie tyle nawet nieopłacalny ile w sumie niemożliwy, zważywszy że kraje kontynentu staną się jednym wielkim państwem. Że projekt okazał się utopijny, to inna sprawa, ale wśród 10 słów, którymi dziś, 24 czerwca, określa się w mediach Brytyjczyków, dominują: egoizm, niewiarygodność, krótkowzroczność, destrukcja i głupota… Mało trendy, trzeba przyznać. A to nie tylko opinie z zewnątrz, ile z samego Londynu! W „The Guardian”, najbardziej opiniotwórczym dzienniku na Wyspach, ukazał się tekst o wszystko mówiącym tytule: „Brexit uczyni z Brytyjczyków najbardziej znienawidzoną nację na świecie”. A co z brytyjskim brandem samym w sobie, to jest flagą Zjednoczonego Królestwa? Jeszcze cztery lata temu amerykańskie CNN informowało, że ta flaga bije rekordy popularności i przynosi nienotowane nigdy wcześniej zyski. Stała się pożądanym, markowym i modowym wzorem, coś jak zygzaki Missoni czy charakterystyczne znaczki Louisa Vuittona. Przez ostatnie dwie dekady Union Jack była wszędzie – od sukienki Geri Halliwell ze Spice Girls przez sneakersy Reeboka i New Balance po projekty Paula Smitha i Vivienne Westwood. Ale teraz noszenie brytyjskiej flagi to obciach. Ewentualnie – coś jak zakładanie odzieży patriotycznej. Kojarzyć się będzie z zamknięciem na świat, nieufnością, ksenofobią, a nie z przebojowością, polotem i tolerancją.   Brexit wpłynie jednak także na każdego z nas. Po pierwsze, uderzy w polski handel. Powrót rozmaitych barier i cło obniżą popyt na nasze towary w kraju, który jest największym odbiorcą polskich produktów spoza strefy euro. Efekt: polskie firmy stracą na tym miliony, zredukują u siebie zatrudnienie, zmniejszą pensje. Po drugie, nowy budżet unijny, który zacznie obowiązywać za cztery lata, będzie dużo mniejszy, bo Wyspy już do niego dołożą. Rozwój Polski, tak zależny od unijnych środków, w efekcie spowolni, co odbije się i na przysłowiowych niemal autostradach, i na grantach czy dotacjach. Po trzecie zaś, wysoki kurs euro, który sięgnął już dziś 4,50 złotego oraz rekordowa cena franka, w którym kredyt wzięło 700 tysięcy Polaków, sprawią, że pieniędzy będziemy mieć mniej niż przed Brexitem. Wielu z nas z zakupu ubrań zrezygnuje szybciej niż mu się wydaje.   
Czytaj dalej