MODA

Nic jej nie zatrzyma – wywiad z fotografką Agatą Serge

18.09.2020 Maja Handke

Nic jej nie zatrzyma – wywiad z fotografką Agatą Serge

Zdjęcia Agaty Serge czytelnicy „Fashion Magazine” znają od dawna. Z pełną energii, zakochaną w Nowym Jorku fotografką rozmawiamy o jej zawodowej pasji i niekonwencjonalnych sesjach zdjęciowych.

Zdjęcia: Agata Serge
Modelka: Agata Serge

Jak podczas pandemii pracuje sesyjny fotograf?

Rezultat tej nietypowej pracy możemy zobaczyć w bieżącym numerze „Fashion Magazine” (na stronie 112 – przyp. red.). To prawda, w pierwszym tygodniu epidemii trochę się przestraszyłam, ale szybko znalazłam dużo alternatywnych rozwiązań. Na przykład face time’y z modelkami, choć to oczywiście nie mój pomysł – mnóstwo fotografów zaczęło je robić.

A jak się to robi?

Łączę się z modelką podczas wideorozmowy, dzięki temu mogę wykonywać fotografie za pomocą kamerki w telefonie. Teraz technika jest już tak zaawansowana, że jakość zdjęć wykonywanych w taki sposób jest zadowalająca, poddaję je później delikatnej postprodukcji. Możliwość pracy online niesamowicie otworzyła mi głowę. Poprzez dużą liczbę komercyjnych projektów zapomniałam już, jak to jest robić zdjęcia dla przyjemności. Sprzęt przestaje mieć znaczenie. Miejsce również. Modelki były w Nowym Jorku, Los Angeles, a ja u siebie w domu – w Łodzi.

A sesja z tobą w roli głównej, którą publikujemy w tym numerze?

To całkowita nowość. A dla mnie wyjście z mojej strefy komfortu.

Byłaś wcześniej modelką?

Byłam rekrutowana przez scoutów agencji modelek, ale jednak wolałam pracę po drugiej stronie obiektywu.

Sesja była dla ciebie stresem?

Ogromnym! Na szczęście peruka, którą przygotował fryzjer, zapewniła
mi pewien rodzaj osłony.

Jak wyglądała praca nad taką sesją?

Przebiegała w dość nietypowy sposób, ponieważ jedyną osobą, która
fizycznie była na planie, byłam ja. Kurier dostarczył mi zestaw potrzebnych
kosmetyków od makijażystki Kolety Gabrysiak, specjalnie przygotowaną perukę od fryzjera Kamila Pecki, oraz sety, które stylistka Bogna Stępa złożyła w Poznaniu. Mieszkanie zamieniło się w studio fotograficzne, a nad wszystkimi aspektami oświetleniowymi oraz technicznymi panował mój asystent Adam Słowikowski.

W dniu sesji byli z tobą wirtualnie?

Tak. Pracowaliśmy całą ekipą, tyle że zdalnie. Na Zoomie makijażystka
pokierowała mną tak, bym sama się umalowała – oczywiście według jej wytycznych i artystycznej wizji, a fryzjer wyjaśnił, jak mam stylizować perukę i panował nad wszystkimi kadrami, tak aby włosy wyglądały idealnie przy każdym ujęciu. Zdjęcia robiłam samowyzwalaczem i tak jak na normalnej sesji omawialiśmy i poprawialiśmy każde ujęcie. Zawsze podkreślam, że każdy edytorial to wynik pracy całego zespołu. Bardzo cenię ludzi, z którymi pracuję.

Brakuje mi podróży. Nieustannie potrzebuję nowych bodźców i lokacji do zdjęć

Mimo zdalnej pracy w edytorialu i tak znalazły się elementy twojej
ukochanej fotografii ulicznej!

Tak. Wpadłam na pomysł wykorzystania rzutnika i w rezultacie powstała
sesja studyjna nawiązująca do edytoriali, które wykonywałam
na ulicach Nowego Jorku.

Rzeczywiście, jesteś kojarzona z sesjami ulicznymi. Co cię inspiruje?

Podróże. Nowy Jork, do którego regularnie wracałam przed pandemią, skradł moje serce od pierwszego razu swoją dynamiką i różnorodnością. Wystarczy przenieść się na równoległą ulicę, by znaleźć zupełnie nowe i niepowtarzalne kadry do zdjęć. Nie zamykam się jednak tylko na Stany, wiele sesji powstało też w europejskich miastach czy w Warszawie i Łodzi.

Kiedy zaczęła się twoja fotograficzna pasja?

Miałam 21 lat i nie myślałam, że zostanę fotografem. Od dziecka rysuję ołówkiem, miałam zdawać na architekturę, a rysunek architektoniczny to bardzo pracochłonne zajęcie. Myślałam wtedy, że fotografia jest dużo mniej absorbująca czasowo. Po latach pracy jako fotograf wiem, jak złudne było to myślenie i ile wysiłku kryje się za każdą sesją – przygotowania, produkcja i postprodukcja. To są tygodnie pracy!

A pierwsze publikacje?

Przyszły z czasem. Wysyłałam setki maili do magazynów, które często pozostawały bez odpowiedzi, ale byłam zdeterminowana i nie poddawałam się. Dla mnie zawsze najważniejsze było i jest, aby się nieustannie rozwijać. Uczyć się nowych technik, probować innego sposobu kadrowania czy wykorzystania zupełnie innego oświetlenia. Tworzyłam mnóstwo projektów i dostałam szansę zrobienia pierwszej sesji w Nowym Jorku dla dużego magazynu – wtedy wszystko ruszyło efektem kuli śniegowej.

Któraś z sesji jest dla ciebie najważniejsza?

Każdy mój projekt jest jednakowo ważny, jednak sesja dla tajlandzkiego „L’Officiela” z początku tego roku dużo mnie nauczyła i lubię do niej wracać. Zazwyczaj kadruje z żabiej perspektywy, często leżąc na plecach na ulicy czy w studio, a założeniem tej sesji było kadrowanie całkowicie od góry. Ponieważ po raz kolejny robiłam coś dla mnie innego i nietypowego, czułam się jak przy pierwszym edytorialu. Od tamtej pory jeszcze bardziej cenię sobie wychodzenie poza schematy, przełamywanie rutyny i odchodzenie od sprawdzonych metod. Nowe doświadczenia wiele mnie uczą. Nie wspominając już o sesji, którą zrobiłam na samej sobie – to było dopiero prawdziwe wyzwanie.