MODA

Mój własny fashion week – wywiad z Joanną Horodyńską do Fashion Magazine

30.11.2020 Maja Handke

Mój własny fashion week – wywiad z Joanną Horodyńską do Fashion Magazine

Wywiad pochodzi z jesiennego wydania Fashion Magazine (wyd. 71, 3/2020) >> 

W popandemicznym świecie tygodnie mody nie są już takie jak dawniej. Kiedyś Joanna Horodyńska przygotowywała na każdy wyjazd kilkanaście dopracowanych stylizacji – na tyle odważnych, by przyciągnąć uwagę ulicznych fotografów w Paryżu i Mediolanie. Tych, którym pozuje się potem nonszalancko i niby od niechcenia… W tym roku pokazów jest niewiele, nasza bohaterka wybiera się na nie z jedną walizką zamiast czterech. A kreacje, których nie zobaczy świat, prezentuje na naszych łamach. I szczerze opowiada o wielkiej modzie i całkiem przyziemnych zakupach.

Rozmawiała: Maja Handke
Zdjęcia: Maciej Nowak
Stylizacje: Joanna Horodyńska i Konrad Sławiński

Sesja zdjęciowa powstała przy pomocy DH Vitkac w Warszawie. 

Czy zdarza ci się zakochać w ubraniu?

Niezupełnie. Ja w modzie kocham zmiany. Zachwycam się nimi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że styl polega na niezmienności pewnych elementów. Ale ja się z tym nie zgadzam. Dla mnie styl łączy się ze zmiennością.

Jaki rodzaj zmienności cię ostatnio zachwycił?

Po dłuższym czasie noszenia bieli i czerni znalazłam się pod urokiem obłędnie kolorowej kamizelki Miu Miu, którą kupiłam w Wiedniu. Zdarza mi się, że coś sobie wymyślę i to potem znajduję. Zachwycają mnie także brzydkie rzeczy. W brzydocie dostrzegam piękno. Takie jak gumowce Bottega Veneta. Nikt nie powie, że to są ładne buty, ale ludzie się zatrzymują, jak je widzą.

Wywoływanie zdziwienia to efekt uboczny twoich modowych nabytków?

Przyzwyczaiłam się do tego, że ludzie się dziwią. Czasem nie wiedzą, jak się zachować. Z drugiej strony na przykład instagramową publiczność przyzwyczaiłam do moich dziwnych wyborów. Do tego stopnia, że kiedy ostatnio wrzucałam raczej spokojne zdjęcia, ludzie reagowali, dopominając się o więcej szalonych stylizacji. Bardzo przyjaźnie zresztą. Bo ja na szczęście na moim koncie nie spotykam się z hejtem. Mój feed (strumień zdjęć na Instagramie) odpowiada moim nastrojom, czasem mam ochotę na coś spokojnego.

Ale wiesz doskonale, że pewnie wielu followersów właśnie z powodu twojej oryginalności śledzi twoje konto. To twój znak rozpoznawczy. Od początku tak było?

Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy zaczęłam świadomie się ubierać. Projektant Tomek Ossoliński zna mnie od szesnastego roku życia i twierdzi, że zawsze taka byłam. Nie lubiłam mieć tego, co mają inni. A czasem tak jest. Przykładem są sandały Chanel o sportowym fasonie na rzepy. Drażni mnie, że widzę je na bardzo wielu osobach. Ale cóż – nie mogę mieć wyłączności.

Podziwiam, że jesteś w stanie nosić rzeczy, które zachwycają, ale też są trudne dla sylwetki. Wiele osób nigdy by ich nie założyło.

Mam klasyczną urodę i uważam, że warto ją przełamać. Stawiam sobie za zadanie złamanie jej monotonii. Dlatego wybieram rzeczy, które bywają trudne, dziwne, zdekonstruowane i – powiedzmy to sobie szczerze – w oczach wielu po prostu brzydkie. Nie idę na łatwiznę.

Czy ty się w tych ubraniach i w butach czasem męczysz?

Zdarza się. Choć kiedyś byłam gotowa do znoszenia większej niewygody. Dziś przede wszystkim o wiele rzadziej noszę szpilki. Dawno potrafiłam pójść w nich na zakupy, a potem jeszcze na pokaz. I przejść pół miasta.

Wiele gwiazd mówi w wywiadach, że mają swoje ulubione wygodne szpilki.

Nie wierzę już w wygodne szpilki. Po paru godzinach każde stają się narzędziem tortur i tyle. A ja mam wrażliwe stopy i duszę! Teraz chodzę głównie na płaskim. Uważam też, że buty na płaskim obcasie – na przykład mokasyny ze skarpetkami czy sandały na rzepy – wyglądają lepiej do krótszych spodni i spódnic. Taka stylizacja jest mniej dosłowna.

Ile z twoich sezonowych zakupów staje się hitami Instagrama? I jest potem rozchwytywane?

Czasem coś ma taki status. Ale jest różnie. Zdarza mi się wyprzedzić trend. Tak było ze wspomnianymi sandałami Chanel – miałam ten model od trzech lat. Czasem jednak z jakimś trendem po prostu się spóźniam. Nie kupuję na przykład rzeczy na długo przed sezonem. Nie chcę, żeby czekały w szafie na swoją kolej. Lubię kupić coś i od razu to nosić. Zdarza mi się natychmiast przebrać w toalecie.

Są trendy, które z premedytacją omijasz?

Oczywiście! Na przykład krótkie kardigany. Pewne rzeczy są dobre w innym przedziale wiekowym. Nie będę paradowała z gołym brzuchem. Poza plażą czy nadmorskim deptakiem oczywiście.

Są rzeczy w modzie, z którymi nawet tobie trudno się zmierzyć?

Tak. Moda, którą chcę nosić, nie zawsze lubi kobiece kształty. Po prostu niektóre fasony zostały stworzone z myślą o niewielkim biuście i niemal chłopięcej figurze. Przy takiej sylwetce te rzeczy nie są wulgarne. Kiedy jednak założę je ja, niestety przekroczę tę niepisaną granicę, bo mam spory biust. Dlatego niechętnie odsłaniam górne partie ciała i noszę dekolty. Nie mam problemu z odsłanianiem nóg. Co innego góra sylwetki. Nawet kiedy sporo ćwiczę, jestem kobieca. Mam jednak swoje triki, by to ukryć.

Co wtedy wybierasz?

Bluzki z bufiastymi rękawami. Faktycznie, nikt chyba nie nosi ich równie często jak ty. Odwracam w ten sposób uwagę od biustu. Zdarza się czasem, że łamię te moje zasady i zakładam coś obcisłego. Znajomi dziwią się wtedy: „Aśka, ty masz biust!”. Pewne rzeczy dają się skutecznie ukrywać pod ubraniami.

Co daje opanowanie tej sztuki?

Dzięki temu czuję się młodziej, bardziej nowocześnie, mam poczucie kontroli nad ciałem i sylwetką. Za tym idzie większa pewność siebie. Kiedy dobrze zamaskuję to, co nie współgra z modą, którą lubię nosić, czuję się lepiej. Świadomie odsłaniam to, co mogę.

Czy czasem pomagasz ubierać się innym?

Pewne osoby wysyłają mi zdjęcia z pytaniami, między innymi moja mama. Kiedyś zdarzało mi się ubierać ludzi, także znanych. Żeby to miało sens, powinnam mieć pewność, że ktoś chce naprawdę ubrać się tak, jak ja mu radzę. Ale taka współpraca często była trudna. Słyszałam później na przykład, że pani X to miała ciekawszą sukienkę… Najbardziej cenię sobie współpracę z moimi klientkami, dla których przygotowuję osobiste doznanie zakupowe. Między kobietami powstaje wtedy niepowtarzalne porozumienie, bo w garderobie wszystkie jesteśmy równe i równie bezbronne. Kobietom żyje się trudniej w tym męskim świecie, więc wybieranie stylizacji podczas zakupów jest jak zakładanie zbroi przed bitwą.

Wybieranie dla innych może okazać się zajęciem niewdzięcznym. A jak jest z wybieraniem dla siebie? Buszujesz w sieci czy w realu?

Zdecydowanie w sieci. Byłam jedną z pierwszych osób, które zaczęły tak kupować. A kilkanaście lat temu nie było to takie proste jak teraz, gdy zamawiasz i następnego dnia, czasem w ciągu mniej niż 24 godzin, masz przesyłkę pod drzwiami. Na paczkę czekało się nawet dwa tygodnie. Wiele sklepów nie wysyłało towarów do Polski, z kolei na przesyłki ze Stanów Zjednoczonych nakładane było cło i trzeba było odbierać je w specjalnym miejscu. Ponieważ odsyłanie nie było proste, zamawiałam zazwyczaj rzeczy większe o jeden rozmiar.

Pamiętasz swój pierwszy zakup przez internet?

Żakardowy trencz Marca Jacobsa – złoto-różowo-czerwony z seledynową podszewką.

Do dziś pewnie wzbudzałby zainteresowanie. Nosisz go jeszcze?

Moja mama go nosi.

A ostatni zakup internetowy?

Szara sukienka Balenciagi. Była prezentowana na pokazie. Jest wykonana z tkaniny na męskie garnitury. Dzięki temu jest czymś w stylu power dressing. Noszę ją, gdy mam ważne spotkania zawodowe i chcę, by skończyły się sukcesem. Jest w niej moc i siła.

Czym cię zauroczyła?

Przerysowanymi ramionami. No i tym, że nie jest to taka typowa sukienka. Bo ja nie lubię sukienek. Dają mniejsze możliwości łączenia, bo stanowią całość same w sobie.

Balenciaga, Miu Miu, Bottega Veneta… Czy Joannie Horodyńskiej zdarza się czasem kupować rzeczy tanie?

Naturalnie. Cenię na przykład Reserved, Gino Rossi i Urban Outfiters – w tym ostatnim szczególnie sekcję vintage.

Jaki jest twoim zdaniem klucz łączenia taniego z drogim?

Niezawodny przepis polega na zainwestowaniu w dobre buty i torebkę oraz na uzupełnieniu reszty modą z sieciówek. I żeby te rzeczy były właściwie dobrane do sylwetki i poprawnie uszyte. Kupując marynarkę, warto zwrócić uwagę na wykończenie, na to, jakie są ściegi. W sieciówkach są rzeczy różnej jakości i warto się im trochę dłużej poprzyglądać w sklepie.

A co to znaczy twoim zdaniem „dobrane do sylwetki”?

Na pewno nie za małe. Ale chodzi też o to, jak się układają, czy nie marszczą się na plecach, czy ramiona nie podchodzą pod szyję i czy nie są za wąskie.

Jak ubierać się w sieciówkach, od kilku sezonów pokazujesz w Polsat Cafe w programie „Shopping Queens”. Za co lubisz ten program?

Ma w sobie jakiś walor edukacyjny. Kandydatki do tytułu Królowej Zakupów dostają określoną kwotę i przygotowują dwie stylizacje. Jakiś element może się powtórzyć, ale nie powinno to być widoczne na pierwszy rzut oka. Oceniają się nawzajem i często są bardzo surowe.

Jak wyglądają twoje zakupy w realu?

Rzadko się błąkam po sklepach. Chyba że akurat mam dużo wolnego czasu i chcę się powłóczyć. Zazwyczaj mam plan, wiem, czego szukam i czego potrzebuję. Jestem bardzo konkretna – jeśli chcę jasny prochowiec, to nie wyjdę z granatowym.

Zdarza ci się coś kupić spontanicznie?

Już nie. Teraz lepiej niż kiedyś znam swoje potrzeby. Przyznaję jednak, że zakupy mogą poprawiać nastrój.

Czy otarłaś się o zakupoholizm?

Bywałam blisko. Teraz pytam sama siebie, czy tego naprawdę potrzebuję. I rezygnuję np. z kolejnej pary letnich butów. Ponieważ od jakiegoś czasu pozbywam się rzeczy, puszczając je w drugi obieg, kiedy zastanawiam się nad jakimś zakupem, zapala mi się czerwona lampka: „Czy ja to potem będę mogła sprzedać?”.

Co sprzedajesz?

Najczęściej torebki i buty. Bardzo dbam o rzeczy, więc są w świetnym stanie. Na przykład butów na delikatnych obcasach, droższych nie założę, idąc w miejsce, w którym mogę je zniszczyć. Pozbywam się też okularów słonecznych. Lubię mieć ich dużo, ale co sezon kupuję kilka kolejnych par, więc inne odchodzą.

Są rzeczy, których absolutnie się nie pozbędziesz?

Postanowiłam nie pozbywać się klasyków. Takie rzeczy to też dobra inwestycja. W okresie pandemii ceny niektórych dóbr luksusowych znacznie poszły w górę, np. torebki Chanel. Warto je zachować.

Są rzeczy, w które nie warto inwestować?

Zdecydowanie tak. Na przykład w typowo wakacyjne ubrania – zwiewne, bardziej na wylegiwanie się na piasku. Lato jest krótkie. Podobnie w biżuterię bez potencjału vintage. Przestałam też kupować biżuterię sygnowaną przez marki modowe. Wolę zainwestować w stary pierścionek z prawdziwego kruszcu.

Sprzedajesz swoje rzeczy sama czy korzystasz z pośredników?

Swoje rzeczy wrzucam na sprawdzoną stronę Dreambig.pl. Jest tam superprofesjonalna obsługa. Można się umówić i ktoś przy- jedzie we wskazane miejsce po rzeczy. Kiedyś to było wszystko mocno skomplikowane, a teraz już takie proste. Za sprzedane rzeczy można kupić nowe hity sezonu. Uczę się kupować mniej i nie magazynować rzeczy. Świat potrzebuje w tej kwestii uspokojenia. Ubrań jest za dużo.

Tobie też zdarza się kupić coś z drugiej ręki?

Tak, ale raczej za granicą. Kiedyś miałam z tym problem. Dzisiaj zastanawiam się, jaką historię ma rzecz, którą biorę do ręki, Kto ją nosił, kto komu podarował. Może tu się działa jakaś intryga i ta torebka była jej częścią!?! Fascynuje mnie to. Nie zależy mi na tym, aby akurat wcześniej nosiła ją znana osoba, ale wiem, że niektórzy właśnie dlatego kupują z drugiej ręki. 

Wydaje się, że o modzie i ubraniach możesz rozmawiać godzinami. Twoi przyjaciele też rozmawiają z tobą o trendach?

Kompletnie nie! Może poza Rafałem Michalakiem i Iloną Majer, którzy tworzą duet MMC Studio, ale mamy też mnóstwo innych tematów. Prawie wszyscy moi przyjaciele nie zajmują się modą i zupełnie ich ona nie rusza. Nawet kiedy podoba im się coś na mnie, to mówią raczej: „Aśka, ładnie w tym wyglądasz”, a nie, że mam ładną bluzkę. Jedynie moja chrześnica – nastolatka – na- prawdę interesuje się modą i ją czuje. Moje przyjaciółki mniej, choć zdarza się im pożyczyć ode mnie torebkę na wieczór.

Co zachwyca cię poza zmiennością mody?

Muzyka klasyczna i opera. Choć nie zawsze tak było. Mama zabierała mnie na poranki do Filharmonii Śląskiej. Nie przepadałam za tym. Co ciekawe moja miłość do muzyki przyszła wraz z zachwytem kostiumami w spektaklach operowych. Wtedy kliknęło. Teraz potrafię zaplanować podróż pod kątem przedstawienia operowego. W tym roku chciałabym po raz kolejny odwiedzić wiedeńską Staatsoper, która na szczęście znów wystawia.

Jak widzisz siebie za trzydzieści lat? Co będziesz nosić?

Są dwie możliwości – albo pozostanę ekscentryczką, albo nie będzie mi się chciało i pójdę w stronę stylu „biwakowego”. Zobaczymy.