Wojciech Bednarz: „Jestem za demokracją w modzie” [WYWIAD]

Vistula to pierwsze skojarzenie z męską modą w Polsce. Marka posiada ponad sto salonów w całym kraju, ubierała naszą reprezentację piłkarską w zeszłorocznych mistrzostwach Europy i od kilku sezonów z sukcesem współpracuje z Robertem Lewandowskim. Czym się wyróżnia i dlaczego jest tak popularna? O męskim stylu, postrzeganiu mody przez Polaków i specyfice masowej sprzedaży opowiada Wojciech Bednarz, od ponad 8 lat projektant marki.

Istnieje wciąż coś takiego, jak sztuka dyktatury mody?

Nie. Według mnie takie zjawisko już dawno się skończyło. Duże, zagraniczne domy mody nie sprzedają już samej mody na pierwszym miejscu. Ona jest dodatkiem. Sprzedają się głównie torebki, perfumy, kosmetyki, itd.; oraz to, co niekoniecznie w odzieży nazwiemy modą, a stricte samym produktem. W głównej mierze liczy się teraz odpowiedni marketing. Jeśli kampania i socialowy rozgłos przekona wszystkich, że coś jest pożądane (przykład zjawiska marki Vetements), to tak jest i sama moda nie ma tu już nic do dyktowania.

A męska moda jaka jest?

Jest bardziej progresywna od damskiej. Ta druga drepcze trochę w miejscu, tzn. raz jest to przywołanie lat 70., innym razem powrót do lat 90. albo same falbany czy frędzle. Oczywiście wszystkie te rzeczy wciąż są bardzo ładne, powstają nowe zachwycające kolekcje, ale nieustannie jesteśmy świadkami to kroku w przód, to w tył. Rzecz jasna może to wynikać z tego, że damska moda przełamała już właściwie wszystkie tematy tabu, a męska wciąż eksperymentuje, wciąż nie jest wyeksploatowana. I na pewno ta męska jest bardziej czuła na technologię i wykończenia materiałów.

Czyli mówiąc krótko, ta damska jest piękna, a męska technologiczna.

W dużym uproszczeniu, owszem, ale męska też może być piękna.

To samo tyczy się praktycznego podejścia?

Jak najbardziej. Bo co dla mężczyzny jest spektakularne w modzie? Dobrze skrojony, dopasowany smoking, ale ten efekt “wow”, musi iść w parze z komfortem noszenia. Kobiety w wielu przypadkach są skłonne założyć coś, co jest spektakularne, ale mało wygodne i niepraktyczne. Są w stanie się poświęcić. Naturalnie mowa tu o przysłowiowym wyjściu na czerwony dywan, a nie o codziennym ubiorze.

Wychodzi na to, że facet w ubiorze nie idzie na kompromisy.

Absolutnie. Tu jest system zero-jedynkowy.

A co kieruje facetem, że chce dobrze wyglądać?

Myślę, że teraz jest to już świadomość. Doszliśmy do takiego momentu, że potrzeba i chęć dbania o siebie nie jest już postrzegana jako coś niemęskiego. Dobry wygląd (bez zbędnego epatowania nim) stał się standardem. Na przykład biznes – finansowy czy nieruchomości – jest trochę postrzegany przez pryzmat wizerunku samego agenta. Czyli to po prostu ma znaczenie.

W takim razie ten dobrze ubrany, to kto?

Nie da się odpowiedzieć konkretnie, bo nie ma jednego wzoru. W każdym środowisku, nawet w skali miasta czy regionu, będzie to znaczyło co innego. Ktoś, kto uchodzi za dobrze ubranego w Warszawie albo w Szczecinie, niekoniecznie będzie się nadal szczycił takim mianem gdzie indziej. Możemy oczywiście odwołać się do różnych kategorii czy zjawisk, jednak nie ma taktyki dotyczącej ubioru, sprawdzającej się w 100% w każdej sytuacji i w każdym miejscu. Chyba, że mowa o sztywnym dress codzie, ale to zupełnie inna historia.

Jednak styl i elegancja to nie tylko sam ubiór.

W żadnym wypadku. Nie wystarczy ubrać kogoś w „dobry” garnitur, nauczyć wiązania krawata i już. To sprawa dużo bardziej złożona. Oprócz wyglądu liczą się jeszcze inne elementy, takie jak zachowanie, sposób bycia i kultura osobista. To wszystko wiąże się także z szacunkiem dla innych.

Choć i tak najważniejsza jest samoświadomość.

To jest podstawa! Jeśli ktoś nie czuje się dobrze w garniturze albo nosi kolor, który go psychicznie przytłacza, nigdy nie będzie miał przekonania o własnym dobrym wyglądzie. I tym samym nie będzie wytwarzał tej specyficznej aury, o której mowa.

Jak zatem Tobie, jako projektantowi marki ogólnopolskiej, udaje się spełnić te różnorodne założenia w jednej kolekcji?

Polski mężczyzna zaczął doceniać klasykę, a to jest dobry punkt wyjścia, żeby iść z tematem dalej i interpretować go na różne sposoby. Kluczem jest też uniwersalność. Na przykład taki granat wyszedł poza bezpieczny standard i stał się kolorem, który w różnych odcieniach po prostu dobrze ubiera. Jest naszą klasyczną bazą, która zyskuje odmienne oblicza w zależności od dalszych wyborów i zestawień kolorystycznych.

Stawiasz więc na klasykę?

Niezupełnie. W kolekcji, pomimo wszechstronnej klasyki jest ogrom różnych urozmaiceń (kolorystyka i proporcje) oraz mnóstwo detali (kolorowe kontrastujące podszewki, guziki, klapy), które wykorzystuję. Projektowanie dla dużej marki, to nie tylko moda. Trzeba ją często połączyć z komercyjnym podejściem do tematu. Cały czas mamy rzeczy, które nie

wchodzą do pełnej dystrybucji, lecz pojawiają się w wybranych salonach. Natomiast bazę kolekcji musi stanowić wyważone wzornictwo odpowiadające na potrzeby większości naszych Klientów.

Właśnie, marka masowa to duży biznes i pewnie wynikające z tego ograniczenia. Co z wolnością projektanta?

To nie tyle ograniczenia, co poszanowanie dla tradycji. Marka istnieje 50 lat, a same garnitury szyje już od prawie 70 lat. Trzeba więc zachować tożsamość, bowiem ubieramy różne pokolenia Polaków. Naturalnie muszę wziąć pod uwagę silny aspekt handlowy i to, że jesteśmy w każdym regionie Polski w ponad 100 sklepach, ale jak mówiłem, nie zawsze każda część kolekcji trafia do tych samych salonów. I absolutnie nie czuję, by ktoś założył mi jakiś kaganiec albo czegoś zabraniał.

To jakim klientem jest klient Vistuli?

Nie da się ukryć, że 70% klientów marki przychodzi właśnie po wspomnianą klasykę. Dlatego dla mnie ważne jest to, żeby nawet granatowy garnitur nie był zwykłym granatowym garniturem, żeby posiadał te wspomniane wyróżniki. Wyodrębnia się także dwa typy klientów. Ci, którzy przychodzą, bo muszą kupić garnitur, i ci, którzy chcą kupić nowy garnitur. Więc tu już w samej świadomości jest ogromna różnica.

Faceci dostrzegają tą wizualną różnicę?

Nie wszyscy, ale nawet jeśli nie widzą oni sami (bo w tym względzie są mniej spostrzegawczy), to widzą inni. I to jest ważne, wtedy to ma sens. Ale to są tylko te detale. Najważniejsza jest zmiana i udoskonalenia w samym kroju i szyciu. Jakiś czas temu zaproponowałem koledze, żeby kupił sobie nowy garnitur. Na co on odrzekł: “Przecież mam dokładnie taki sam sprzed kilku lat.” Zobaczył i poczuł różnicę dopiero po przymierzeniu starego i nowego – jeden po drugim. Faceci często potrzebują namacalnych dowodów, żeby się przekonać. Może wynika to z bardziej pragmatycznego podejścia do życia.

Których mężczyzn wolisz ubierać: tych klasycznych czy świadomych i fantazyjnych?

Tu nie chodzi o to, kogo chciałbym ubierać. Ja po prostu ubieram i jednych, i drugich. I mam z tego taką samą satysfakcję, ponieważ od pierwszego projektu bluzy, który wykonałem lata temu dla marki House, aż do dziś, kiedy wypuszczam kilka kolekcji rocznie, wciąż mam tą samą satysfakcję, kiedy widzę, że inni noszą moje projekty i nie tylko dobrze w nich wyglądają, ale przede wszystkim dobrze się w tych ubraniach czują. To uczucie nie mija. Poza tym jestem za demokracją w modzie.

Ubieranie Polaków można nazwać misją?

Nie rozpatrywałbym tego w takich kategoriach. Moim założeniem, kiedy ponad 8 lat temu obejmowałem stanowisko projektanta marki, było strącenie garnituru z piedestału. Żeby

nie kojarzył się wyłącznie z mundurem, żeby nie był stricte biurowy, a stał się komfortowym strojem. I to się udało. Skłamałbym, gdybym powiedział, że w 100% to moja zasługa, bo rynek ewoluował i podejście samych Polaków także. Jednak jesteśmy obecnie największą firmą na rynku w kategorii formalnej, docierającą do mężczyzn w kraju.

Osiem lat to kawał czasu i historii samej marki. Co jeszcze udało ci się odczarować, spopularyzować?

Przede wszystkim rozwinąć i upowszechnić linię casual. Wcześniej marka kojarzyła się jedynie z garniturami, teraz w swojej ofercie ma szeroką gamę ubrań codziennych, a nawet bieliznę. Dużą zasługą w przybliżaniu facetom tej codziennej garderoby są kampanie, które prowadzimy i sposób pokazywania rzeczy, łączenia ich w różne zestawy. Dziś Vistula ubiera totalnie kompleksowo i to jest najważniejsze.

Waszą twarzą już dwukrotnie był Robert Lewandowski. To jakiś synonim marki?

Wiadomo, że poprzez kampanię staramy się dotrzeć do wielu odbiorców. Stawiamy na kogoś charyzmatycznego: kogoś, kto jest postacią charakterystyczną i dobrą w tym, co robi. Sport raczej nie dzieli Polaków. Poza tym od lat ubieramy PZPN i jest to po prostu dalszy krok w tej promocji oraz focus na konkretną postać, osobowość. W tym sezonie kampania jest już inna, ale wprowadzamy znów limitowaną kolekcję sygnowaną nazwiskiem Roberta Lewandowskiego.

Czyli to nie taki nagły zwrot i marketingowy strzał?

Było to raczej konsekwentne działanie, ze względu na wspomnianą współpracę naszego działu szycia na miarę z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Najważniejsze jest to, że w zeszłorocznych mistrzostwach Europy ubraliśmy oficjalnie całą reprezentację, co było wyzwaniem i zaszczytem jednocześnie. Co więcej, ta duma, wyzwanie i promocja, będą kontynuowane w przyszłości.

Macie zatem pierwszoligowe zapatrywania…

Przecież jak pracujesz nad czymś lub z kimś, to po to, by być w czołówce. Biorąc pod uwagę segment, w którym działamy, na dziś dzień, nikt nie stoi przed nami. I nie jest to żadna buta, a po prostu rozwój firmy, jej zasięg oraz raporty sprzedaży.

A polski rynek, nawet w tym wiadomym segmencie, jest modowy?

Polski rynek nigdy nie był modowy. To nie moda dyktuje tu warunki klientom, tylko nagina się i w jakiś sposób dostosowuje do klienta. Brutalna prawda. I teraz chodzi o to, by z tego wszystkiego wciąż wychodzić obronną ręką. Dlatego u nas są aż trzy linie oraz szycie na miarę.

Pytanie, czy mężczyźni są wolni w swoich ubraniowych wyborach?

Zawsze byli, ale nie zawsze z tego korzystali. Konsultacja, zwłaszcza w małżeństwie jest rzeczą naturalną. To nic złego. Tylko pytanie czy faktycznie każda kobieta zna się na tym doradztwie i przez jaki pryzmat spogląda wtedy na faceta?

Faceci też chodzą na zakupy razem? Doradzają sobie wzajemnie?

Nie wydaje mi się. Są to raczej jednostkowe przypadki. Pomimo że świadomość modowa, ubraniowa, urodowa wśród mężczyzn rośnie, to wymiana zdań na tematy ubioru wciąż jest uznawana za mało męską. Może wynika to z tego, że faceci uważają modę za domenę kobiet.

Podobno mężczyźni są bliżej stylu niż mody. Co to znaczy?

Mężczyźni potrzebują więcej czasu, żeby się do czegoś przekonać. Nie ulegają impulsywnie chwilowym trendom. Są konsekwentni w wyborach, podczas gdy kobiety potrzebują częstych zmian. Kupią nawet sukienkę, którą założą raz. A faceci, jak już się do czegoś przekonają, to nie chcą wymieniać tych rzeczy za parę kolejnych miesięcy. Stąd budowanie męskiej garderoby jest skoncentrowane bardziej na jakimś stylu, który u faceta utrzymuje się nawet parę lat.

  • Marta El Nocon

    Jesli dyktator mody jest za demokracja w modzie, to mozna miec pelne zaufanie dla jego rad, sugestii i odkryc. Nie zawsze przeciez mamy swiadomosc wlasnych cech wygladu, osobowosci, mozliwosci. Bardzo rzeczowa rozmowa. Polecam.

ZobaczSchowaj komentarze

Zuza Bijoch o „Azji Express”: To był ciągły pęd [WYWIAD]

Zuza i Julia Bijoch, siostry, prowadzą zupełnie odmienny styl życia. Decydując się więc na wspólny udział w „Azji Express” ryzykowały nie tylko ośmieszenie się przed milionami widzów i przegraną, ale też nadwyrężenie siostrzanej miłości. Na szczęście ta pozostała niezagrożona. A z czym jeszcze zmagały się uczestniczki, które dla wielu są teraz faworytkami w telewizyjnym wyścigu?

Patryk Chilewicz: Co was najbardziej zaskoczyło w całym programie „Azja Express”?

Zuza Bijoch: Zaskoczyło nas to, że wszystko działo się tam naprawdę bez udawania. Uczestnicy pierwszej edycji mówili: „Oj dziewczyny, przygotujcie się, bo łatwo nie będzie”. Przed wylotem do Azji miałam jeszcze myśli, że skoro jest to tak duża produkcja, to jej scenariusz musi być już z góry ustalony. To było złudzenie. Podczas programu nie możesz się nawet zapytać kogoś z boku gdzie masz biec, nic! Jesteś sam i jeśli pomyliłeś trasę, poruszasz się w całkowicie innym kierunku przez cały dzień, to nikt ci tego nie powie. Zorientujesz się najprawdopodobniej pod wieczór, gdy reszta uczestników będzie już dawno na mecie odcinka.

Julia Bijoch: Tak, każdy uczestnik mógł liczyć tylko na siebie i swojego partnera.

Zuza: Dla mnie niesamowite było też to, że w momencie, kiedy zaczyna się program i Agnieszka mówi, że za 300 km w innym mieście będzie flaga, to myślisz sobie: jestem na Sri Lance w mieście x, nie wiem gdzie jadę, jakaś flaga przy jakimś sklepie, przecież w życiu tego nie znajdę… A później, po czterech godzinach, dojeżdżasz do tego punktu i okazuje się, że niemożliwe staje się możliwe.

Obie macie swoje światy i tak naprawdę znalezienie się w samym środku tego zamieszania musiało być trochę traumatyczne. Miałyście w trakcie nagrywania taką myśl „nie, to był błąd, trzeba było nie brać tej propozycji”?

Julia: Pierwszego dnia tak miałyśmy. Początkowo, nie było łatwo odnaleźć się w całkiem nowej sytuacji. Były chwile zwątpienia, myśli, że to nie jest program dla nas, że co my najlepszego zrobiłyśmy, że na pewno będziemy ostatnie na mecie. Jednak z biegiem czasu się rozkręciłyśmy. (śmiech)

Zuza: Początkowe dni wyścigu były szokiem. Tak jak wcześniej mówiłam, my nigdy nie jeździłyśmy na wycieczki z plecakiem, kempingi, wspinaczki, nawet obozy szkolne często omijałyśmy. Sytuacja, gdzie mamy świadomość, że jeśli nie znajdziemy szybko jakiegoś domu to będziemy spać pod namiotem, była dla nas czymś zupełnie nowym. My nawet nie wiedziałybyśmy jak ten namiot się rozkłada! Było ciężko, ale na szczęście nie musiałyśmy go nigdy użyć. (śmiech)

With my crazy unicorn @juliabijoch 💕

A post shared by Zuzanna Bijoch (@bijochzuzanna) on

Jesteście siostrami i już w pierwszym odcinku mówicie, że łączy was niezwykła więź, ale wiem, że tak czasami jest, że nawet jak ludzie się kochają i są rodziną to mimo wszystko gdy spędzają ze sobą dużo czasu to gdzieś te napięcia się pojawiają. U was były momenty „kocham cię, ale cię zabiję”?

Julia: Myślałyśmy o tym przed wyjazdem. Wiedziałyśmy, że albo będzie super albo pożremy się tak, że będziemy mieć siebie dosyć już po drugim dniu.

Zuza: I żałować, że pojechałyśmy.

Julia: To była trochę ruletka, bo tak naprawdę człowiek nigdy nie wie jak zachowa się w ekstremalnych warunkach. Można mieć wizję tego oglądając to na kanapie, a jednak jak się jest już w samym środku tej całej wichury to reaguje się zupełnie inaczej.

Czego wam najbardziej brakowało podczas wyjazdu?

Zuza: Przed pójściem spać brakowało mi czegoś w stylu miłego resetu i odpoczynku. To był ciągły pęd, nie było momentu żeby zrobić cokolwiek innego niż związanego z amuletem, checkpointem, wyścigiem… Wszystko było sfokusowane na grze.

Julia: Wchodzi się do zupełnie innej rzeczywistości. Nagle najważniejszym punktem dnia jest to, czy zdobędzie się amulet, czy uda się złapać samochód…

Zuza: I immunitet.

Julia: I immunitet, to były aspekty, które nagle przybierały rangę najważniejszych.

Zuza: Pamiętam, że pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po powrocie do Polski było sprawdzenie wszystkich maili, rachunków… To był powrót do rzeczywistości. Uświadamiasz sobie, że przez cały czas, kiedy uczestniczyłeś w niezwykłej grze, życie toczyło się dalej.

Kochani już dzisiaj kolejny etap wyścigu!📍👭🎒 Godzina 21:30 @tvn.pl @azjaexpresstvn

A post shared by Julia Bijoch (@juliabijoch) on

Co po programie? Obie nie uczestniczycie w takim stricte życiu show-biznesowym w Polsce. Na pewno wasza popularność po „Azji Express” wzrośnie i pojawią się różne propozycje. Myślicie o swoich dalszych planach związanych z polskimi czerwonymi dywanami?

Zuza: Prowadzimy bardzo intensywne życie. Każda z nas działa w innej branży. Julia właśnie skończyła studia stomatologiczne. Przez kolejne pół roku pewnie będzie można częściej zobaczyć nas razem. To jest fajnie, bo dla mnie jest to zawsze okazja żeby spotkać się z siostrą i spędzić z nią cały dzień, dwa, trzy… tydzień, miesiąc, ile ze mną wytrzyma! (śmiech)

Our team😄💃🏻💃🏻today @azjaexpresstvn #pressday

A post shared by Julia Bijoch (@juliabijoch) on

ZobaczSchowaj komentarze

Lakierowane płaszcze, kombinezony i geometryczne okulary: moda w stylu "Matrixa" to hit tego sezonu!

TOPSHOP

PŁASZCZ
ok. 440 zł

H&M

SPODNIE
129,90 zł

H&M

BUTY
199 zł

ZARA

KOMBINEZON
249 zł

ZARA

SUKIENKA
159 ZŁ

ZARA STUDIO

PŁASZCZ
1899 zł
Modę tworzą ludzie. Jest to zjawisko społeczne, które dotyczy każdego w mniejszym lub większym stopniu. To rozpędzony mechanizm, napędzany energią stylistów, projektantów, modelek, bloggerów, trendsetterów. Odkrywamy tajemnice największych osobowości branży. W inspirujących wywiadach opowiadają o bodźcach, które stymulują ich do działania, o własnym stylu, o otaczającym ich środowisku. Rozmowy z osobowościami świata mody zawierają ciekawe prognostyki i poruszają zjawiska angażujące uwagę. Mówiąc o ludziach pragniemy pokazać nie tylko mainstream. Odważnie demonstrujemy stylizacje osób śledzących trendy i zachowujących własny, niepowtarzalny styl. Przekazujemy krótkie newsy oparte na fotografiach. Chętnie prezentujemy szyk prosto z ulic światowych stolic mody.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.