Palcem po modzie. Kulisy odwołania Mercedes Benz Fashion Week Warsaw

Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Czyli nie wyszło. Został niesmak i poczucie krzywdy, przede wszystkim zaś przekonanie, że w Polsce nie da się zrobić przyzwoitej imprezy modowej. Niebezpodstawnie, niestety. Projektanci liczą straty, organizatorzy – na wyrozumiałość. Dziś, po miesiącu od nagłego odwołania fashion weeku, obie strony mówią, co naprawdę się stało.

„Zdarzenia losowe”. Tym właśnie producenci Mercedes Benz Fashion Week Warsaw, rzekomo pierwszego prawdziwego tygodnia mody w naszym kraju, usprawiedliwili decyzję o rezygnacji z przygotowań imprezy. Podziękowali zespołowi, wyrazili żal oraz… zaprosili za pół roku. Anna Terej, zatrudniona przez producenta dyrektorka niedoszłego wydarzenia, uściśliła kilka dni po oficjalnym komunikacie, że przyczyną były kłopoty zdrowotne producenta, Krzysztofa Ślusarza.

To, oczywiście, bardzo przykre okoliczności. Przy całym szacunku i zrozumieniu dla nagłej choroby i życzeniach powrotu do zdrowia, owe tłumaczenie nie przekonuje. Przy tak zaawansowanych pracach nad fashion weekiem, dzieło mógł dokończyć bowiem zespół niedysponowanego producenta.

Co na to sam producent? – Rzeczywiście, moje dwa krótkie pobyty w szpitalu nie były jedynym powodem, dla którego wycofałem się z imprezy – mówi dziś Krzysztof Ślusarz, znany dotychczas z realizacji m.in. festiwalu Off Plus Camera. Jak przyznaje, nie zabezpieczył się wystarczająco i nie przygotował zespołu na tyle, by ten doprowadził fashion week do szczęśliwego finału. To jest, do rozpoczęcia. – To moja wina. Ale było już bardzo późno, trzeba było podpisywać umowy z projektantami, sponsorami, dopinać wszelkie kwestie organizacyjne i finansowe. I kiedy w tym kluczowym momencie trafiłem do szpitala, uznałem, że nie mogę ponosić odpowiedzialności za imprezę, za co bardzo jest mi przykro – mówi Ślusarz.

Osoby pracujące przy fashion weeku nieoficjalnie mówią wprost: sytuacja producenta przerosła. Panował chaos, dał się odczuć brak znajomości realiów tej branży i jej warszawskiej specyfiki. Poproszony o komentarz do tej opinii Krzysztof Ślusarz odpowiada, że to tylko interpretacja. Przyznaje jednak, że branża mody okazała się wyjątkowo stresogenna i wymagająca wiele zdrowia. Z tego też względu wiosenną edycję – o ile do niej dojdzie – realizować już będzie nowa ekipa, której intensywne poszukiwania nadal trwają.

Dlaczego nie szukano jej od razu po oświadczeniu producenta? Próbowano, ale zabrakło czasu. Mimo gwarancji, jakie daje marka Mercedesa (choć firma oferuje jedynie swoją nazwę imprezie, pieniądze na biuro i jest odpowiedzialna za wybór producenta, a poza tym nie ingeruje w wydarzenie), w środku wakacji nie potrafiono znaleźć nikogo, kto chciałby lub mógłby podjąć się tego wyzwania. Samych zaś poszukiwań nie można było przeciągać, choćby ze względu na ekipę remontową, która nie zdążyłaby przygotować gmachu Domu Słowa (– A byliśmy już na etapie wyboru kolorów ścian – wspomina Anna Terej), dawnych zakładów graficznych, gdzie impreza miała się odbyć.

Pokaz Gosi Baczyńskiej, jednej z projektantek, chcących wziąć udział w MBFWW

A może po prostu nie było dla kogo jej robić? Czy organizatorzy mieli kim wypełnić czterdzieści planowanych pokazów? Wszak spekuluje się, że oprócz ogłoszonych oficjalnie marek UEG, Local Heroes, MSBHV i Lous, miał on problemy z przyciągnięciem innych, większych graczy. Otóż… nie wiadomo. Jeszcze na dzień przed odwołaniem imprezy organizatorzy nie mieli bowiem podpisanych finalnych dokumentów z żadną z dużych marek. De facto nie wiedzieli więc, na czym stoją. – Rzeczywiście, umowy mieliśmy podpisywać dość późno. Może zbyt późno. Nie wiem jednak, czy wcześniejszy termin byłby lepszy. To miała być dopiero pierwsza edycja i rynek mody miał nasze założenia zweryfikować – mówi Krzysztof Ślusarz.

Anna Terej przyznaje dziś, że ostatecznie pokazałoby się około 20 marek i projektantów. – Ale nawet gdyby miałoby ich być piętnaście, to i tak byłoby warto – mówi Terej. Z moich informacji wynika, że na sto procent gotowi byli MMC i Top Secret. Bardziej niż przychylna była Gosia Baczyńska. Większość jednak zastanawiała się, czasem zwodziła, oglądała się nawzajem na siebie i rozważała udział, z różnym stopniem prawdopodobieństwa. Projektanci zwlekali, organizatorzy czekali. I koło się zamknęło. – Potwierdzam, że otrzymaliśmy propozycję obecności na Mercedes Benz Fashion Week. Prawdą też jest, że zainteresował nas pokaz otwarcia. Jednak imprezę odwołano przed ostatecznym podjęciem przez nas decyzji – informuje mnie Linda Czerniawska, menedżerka La Manii. Chętny był Solar, choć marka zapewnia teraz, że ostatecznie wycofała się przed odwołaniem imprezy. Rozmowy prowadził też Simple. Mohito z kolei chciało jeszcze negocjować stawki. Kilku projektantów czekało natomiast na efekt rozmów z ich sponsorami. Branża motoryzacyjna należy bowiem do nielicznej, która nadal wspiera polskich twórców. Ze zrozumiałych względów na imprezie swojego konkurenta, Mercedesa, jednak nie chce się pokazywać. – Byłyśmy w trakcie rozmów z fashion weekiem, mamy jednak podpisaną umowę z Renaultem, w której zobowiązane jesteśmy do wyłączności branżowej. Ponieważ umowa z Renault wygasa z końcem września, czekałyśmy na odpowiedź, czy zostanie przedłużona. Długofalowe współprace z naszymi partnerami są bowiem dla nas priorytetem. W oczekiwaniu na tę odpowiedź odwołano Mercedes Benz Fashion Week Warsaw – mówi Zuzanna Wachowiak z Bizuu.

Zapewne nie doszłoby do takich sytuacji, gdyby fashion week był dla projektantów darmowy. Ale – wzorem światowych imprez – był płatny. Nie ma w tym przecież nic złego i jest praktyką ogólnoświatową. Zachodni projektanci płacą ogromne sumy, aby być w oficjalnych kalendarzach fashion weeków.  Można założyć więc, że warszawska impreza okazała się po prostu zbyt droga. Polska moda autorska to nadal raczej sztuka niż biznes, czego organizatorzy nie byli chyba świadomi, kreśląc założenia fashion weeku. – Projektanci nie są przyzwyczajeni, by płacić – przyznaje dziś Krzysztof Ślusarz.

O jakich kwotach mowa? Koszt udziału – nie licząc wpisowego – wahał się między 20 a 80 tysięcy złotych (plus 120 tysięcy za pokaz otwarcia imprezy), w zależności od dnia i godziny pokazu oraz skali marki. – Nikogo z nas, niezależnych projektantów, nie stać na takie opłaty – przyznaje Gosia Baczyńska. – I choć udział w imprezie miałam już nawet uwzględniony w swoim grafiku, na pewno nie mogłabym zapłacić kilkudziesięciu tysięcy – mówi projektantka. W nieoficjalnych rozmowach projektanci są zdecydowanie dosadniejsi. – A z jakiej racji w ogóle mamy płacić? Niech łożą wielkie firmy, a nie my – uważają. Tyle że i dla tych największych wysokość opłat była trudna do zaakceptowania. – Od was też chcieli 80 tysięcy? – pytam Annę Wasko z Mohito. – Nawet więcej – przyznaje. – Dlatego nie byliśmy pewni, czy zdecydujemy się na pokaz czy jakąś formę prezentacji lub współpracy. Albo na udział w kolejnej edycji. – dodaje.

Marki i projektanci wskazywali też na nieproporcjonalnie wysokie opłaty dodatkowe. Kolejne dziesiątki tysięcy projektant musiałby wydać na scenografię, casting modelek, zaproszenia, a nawet próby. Do tego rozbudowany system kar. Opóźnienie pokazu? Sto tysięcy złotych grzywny. Odwołanie? Połowa kosztów jego organizacji. Oczywiście, takie zabezpieczenia są potrzebne. Z drugiej strony, projektantów zależnych od sponsorów (a ci przecież mogą się wycofać bez powodu i bez konsekwencji na dwa, trzy tygodnie przed imprezą, co w Polsce jest normą) owe zapisy mogły przerazić.

Uczciwie rzecz stawiając, w polskiej modzie nie ma pieniędzy. Okazywane na zewnątrz dobre samopoczucie niezależnych projektantów zazwyczaj jest fasadowe. Jedna z najbardziej cenionych projektantek, można rzec ulubienica dziennikarzy, powiedziała mi ostatnio, że zamierza całkowicie odejść z branży. Lata dokładania do interesu przechodzą jej w dekady i czuje, że nie ma już sił na szarpanie się z rzeczywistością. Inny przyznał mi, że utracił płynność finansową. Jego sytuacja jest na tyle kiepska, że każdy sprzedany przez niego w Internecie drobiazg jest powodem do świętowania. Chwieją się imperia kreatorów z czołówki; jednym z głównych tematów rozmów ludzi związanych z modą jest „któremu z nich szybciej  powinie się noga?”. Po czym zawiązuje się giełda nazwisk. A te nazwiska i tak należą do szczęściarzy, bo wielu zdolnych projektantów już dawno się poddało. Odeszli z zawodu, czasem może coś zrobią dla teatru; po większości jednak słuch zaginął.

Ale co się dziwić? Nie ma mitycznych kupców, nikt nie kontraktuje, sklepy online też – to w sumie tajemnica poliszynela – ledwo ciągną. I choć mówi się o modzie na polską modę, Polacy kupują jej naprawdę mało. To niesprawiedliwe, bo w ciągu kilku zaledwie lat bardzo nam się ona sprofesjonalizowała – od jakości tkanin przez wykonanie po samą ofertę. Dorobiliśmy się wielu dobrych nazwisk, oglądamy ciekawe kolekcje i nawet ceny drastycznie spadły, dzięki czemu ciuch od projektanta przestał być kojarzony wyłącznie z luksusem adresowanym do finansowych elit. Teoretycznie zatem jeszcze nigdy nie było tak dobrze. Tyle że jest źle.

Tym większą frustrację spowodował u niektórych projektantów fakt, że na koszty ich naraziło już samo odwołanie imprezy. – Producenci zachowali się skrajnie niepoważnie. Potwierdziliśmy przecież pokaz i mieliśmy już tylko dogadać szczegóły. Kupiliśmy tkaniny, umówiliśmy sponsorów, jeszcze tydzień wcześniej zapewniano nas, że pod koniec sierpnia ustalimy datę i godzinę pokazu – skarży się jeden z projektantów, zastrzegając anonimowość. Sporo funduszy i energii w niedoszły pokaz zdążyło zainwestować też Top Secret. – W sieciówce pracujemy w określonym rytmie. Projektujemy z rocznym wyprzedzeniem, na pół roku przed sezonem zlecamy produkcję. Potem sukcesywnie aktualizujemy ją o rzeczy must have, w oparciu o trendy, nagle modne kolory czy nadruki, i szyjemy w Polsce. Chcąc pokazać na Mercedesie całą, premierową kolekcję, siłą rzeczy musieliśmy zmienić tryb pracy. Zaangażowaliśmy w to pieniądze, a przede wszystkim ludzi, którzy czasem po nocach przygotowywali kolekcję. Wręcz ściągaliśmy projektantów czy konstruktorów z wakacji. Wiem, że ryzykowaliśmy, ale nie mieliśmy wyjścia, bo gdybyśmy czekali na podpisanie finalnej umowy, na zaprojektowanie i wyprodukowanie 60 sylwetek nie byłoby już czasu. Kiedy zaczęto nas zwodzić z podpisaniem stosowanych dokumentów, poczułam, że coś jest nie tak, ale było już za późno – opowiada Zofia Berut, menedżerka Top Secret.

Szefowa niedoszłego Mercedes Benz Fashion Week Warsaw przyznaje, że ma świadomość obecnych nastrojów panujących wśród projektantów. – Jestem zdruzgotana i jest mi bardzo przykro. To także dla mnie wielki zawód, zwłaszcza, że byłam twarzą tej imprezy, gwarantowałam ją nazwiskiem i doświadczeniem, przecież praktycznie wymyśliłam ją. Odbywałam setki spotkań, przekonywałam branżę do tej imprezy, co nie było łatwe, zważywszy, że kłodą był Mercedes Benz Warsaw Fashion Weekend [dość nieudana impreza z ubiegłego roku – przyp. MZ] i byliśmy posądzani, że cokolwiek mamy z nią wspólnego. Póki co dochodzę do siebie, wiem jednak, że wszystkie rozmowy sprawie wiosennej edycji będę musiała prowadzić od nowa – mówi Anna Terej.

MISBV to marka, która jako jedna z pierwszych potwierdziła swoją obecność na MBFWW

Organizatorzy imprezy liczą, że branża udzieli im kolejnego kredytu zaufania i zdecyduje się na udział w wiosennej, zrealizowanej z nowymi producentami edycji, w którą sami zresztą bardzo wierzą. Co o tym myślą przedstawiciele marek? – Nie ma mowy – odpowiada Zofia Berut z Top Secret. – W mojej opinii utopili tę imprezę. Ja już absolutnie, nawet kiedy będzie inny operator, w życiu nie będę rekomendowała udziału marki w tego typu wydarzeniu. To narażenie firmy na straty. Widać nie potrafimy w Polsce robić poważnej imprezy – konstatuje. W podobnym tonie wypowiada się Anna Waśko z Mohito. – Powody, dla których odwołano imprezę nadal nie są dla nas zrozumiałe, nikt nie pofatygował się, by wyjaśnić sytuację, dlatego w najbliższym czasie na pewno nie podejmiemy żadnych rozmów. Owszem, Polska nie może być modową pustynią, dlatego w przyszłości może wrócimy do pomysłu pokazania się na tego typu imprezie, ale obawiam się, że żaden PR-owiec i brand menedżer nie przekona do tego swojego szefa, a tym bardziej zarządu – mówi.

A reszta? Oficjalnie są wyrozumiali. Bez podawania nazwiska – już mniej. – W ogóle wierzysz, że ta impreza kiedykolwiek miała szanse? Od początku to wszystko pisane było palcem po wodzie – skwitowała menedżerka jednej z największych marek. – W Polsce? Zapomnij! – dodał topowy projektant; ten sam zresztą, który obiecywał organizatorom, że weźmie udział w imprezie. To wiele mówi o tym, jak branża nie wierzy w samą siebie. Nie sposób więc nie odnieść wrażenia, że pierwszy Mercedes Benz Fashion Week Warsaw nie odbył się niejako na życzenie obu stron. Zaś ci, którzy w niego uwierzyli, są po prostu naiwni.

  • Red

    No cóż. W Łodzi Fashion Week padł bo miasto w końcu powiedziało dość. W Warszawie miał być inny model finansowania i też nie wyszło. Mam wrażenie że pazerność jest w stanie zabić każdą imprezę (pazerność organizatorów rzecz jasna).

  • Dustie

    Czy wiadomo skąd takie stawki za udział w imprezie? 20-80 tysięcy złotych? Skoro każdy projektant miał sam pokryć koszta swojego pokazu i całej jego obsługi, Mercedes opłacał biuro (czy gaże producentów też?) to na co miały iść pieniądze? Nie wierzę, że 7 dni najmu lokalu mogło być tak kosztowne, zgaduję, że pieniądze miały iść na reklamę imprezy w mediach.

ZobaczSchowaj komentarze

Kochamy ten look: Mariona Warda w spódnicy Enteliér

W życiu, jak i w modzie, jedno jest pewne. Jakość, a nie ilość. Dlatego wybierając nowe skarby naszej garderoby zawsze zwracamy uwagę na wysokiej jakości tkaniny, ponadczasowe fasony oraz uniwersalną paletę barw, dzięki którym nasze modowe zdobycze posłużą nam wiele lat. Wszystkie te kryteria spełnia nowa marka na polskim rynku o francusko brzmiącej nazwie Enteliér, którą szybko pokochała blogosfera. Ostatnio, Mariona Warda, która wystylizowała koronkową spódnicę maxi Enteliér i zrobiła to na piątkę z plusem!

 

Istnieją pewne rzeczy na świecie, które chyba nigdy nam się nie znudzą. Jedną z nich jest czarny total look, który nie tylko pasuje niemal każdemu, ale sprawdza się na każdą okazję. Właśnie na taką stylizację postawiła Mariona, jednak aby nieco ją urozmaicić postanowiła połączyć w niej różne faktury. Pierwsze skrzypce gra tutaj oczywiście koronkowa spódnica Enteliér z jedwabną halką, którą Mariona połączyła z dzianinowym golfem oraz skórzanymi botkami z klamerkami. Ważne są tutaj dodatki. Całość dopełnia mini torebka oraz przełamujący czerń brązowy pasek, który dodatkowo podkreśli talię. Lubimy!

Spódnicę kupicie TUTAJ.

ZobaczSchowaj komentarze

Majówka 2018: Domowe SPA - pomoże zregenerować ciało i poprawi nastrój

Jo Malone London

Świeca zapachowa
259 zł

Ministerstwo Dobrego Mydła

Odżywczy peeling cukrowy
38 zł

Erborian

Maseczka do ust
89 zł

Dr. Jart+

Maseczka ujędrniająca
43 zł

Peggy Sage

Rękawica do kąpieli
35 zł

Ministerstwo dobrego mydła

Musująca kula do kąpieli
5,50 zł
Dzielimy się osobistymi przemyśleniami na temat mody, drobnych potknięć i wielkich gaf, małych sukcesów i spektakularnych zwycięstw osobistości tworzących świat wybiegów. Przedstawiamy własne opinie. Dajemy komentarz do aktualnych sytuacji. Poszukujemy ciekawych tematów, śledząc z uwagą bieżące wydarzenia i mając w pamięci historie ze świata mody. Nie pozostajemy obojętni wobec zmian. Bogaci w doświadczenie branżowe, tworzymy treści jakościowe z interesujących wątków. Prezentujemy nasz punkt widzenia, ale też skłaniamy do refleksji. Nigdy nie zamykamy tematu w sposób oczywisty. Zabiegamy o zachowanie marginesu wolności w treściach, gdyż cenimy różnorodność opinii i świadome, indywidualne postrzeganie mody.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.