5 pytań do… Marii Sadowskiej

Maria Sadowska, wokalistka i reżyserka filmowa, jest współtwórczynią filmu biograficznego poświęconego Michalinie Wisłockiej. Przy okazji zbliżającej się premiery postanowiliśmy zapytać ją o szczegóły powstawania tego obrazu.

Dlaczego Pani wzięła akurat tę historię i tę postać na swój warsztat?

Dostałam taką propozycję. Kiedy przeczytałam biografię Michaliny Wisłockiej, byłam w szoku że sama na to nie wpadłam, bo jest w tej historii wszystko to, o czym chcę opowiadać w kinie, a więc uniwersalność tematu, niesamowita bohaterka, która jest niejednoznaczna, wspaniała i straszna zarazem, która odnosi sukces, a jednocześnie płaci za niego wysoką cenę. Takie postacie i takie historie kino kocha: sprzeczności, konflikty wewnętrzne. Jak tylko przeczytałam biografię Michaliny, nie mogłam uwierzyć w to, jak to jest  dobry materiał na film.

A więc ingerencja scenariusza nie była zbyt duża?

Wydaje mi się, że żaden scenarzysta nie wymyśliłby takich zwrotów akcji i takiego przebiegu tej historii, jaki wymyśliło samo życie, a my mogliśmy z tego czerpać całymi garściami. To była dla nas świetna sytuacja, bo mogliśmy jedynie przebierać i wybierać wątki z jej życia.

Czy dotarła pani także do rodziny pani Wisłockiej, jej współpracowników?

Tak, oczywiście. Pracowałam z profesorem Izdebskim, z profesorem Lwem- Starowiczem i z córką, Krystyną Bielewicz, która nam bardzo pomogła i była z nami cały czas przy tym projekcie. Staraliśmy się spotkać z jak największą liczbą osób. Zresztą moja mama też była pacjentką Wisłockiej i znalazła odzwierciedlenie kilku jej opowieści w filmie.

Mam wrażenie, że poruszanie tematów seksualnych, zwłaszcza w dość wyzwolonej formie, cały czas wadzi w Polsce kilku osobom. Spodziewa się pani kontrowersji po premierze filmu?

Nie chcę mówić, że spodziewam się kontrowersji, bo to brzmi dziwnie. Nie zrobiliśmy tego filmu, żeby wywołać skandal. To nie było naszym celem. Wiem, że wiele osób będzie przeciwnych temu filmowi, wiem też, że wiele będzie za. Muszą być te dwie strony, żeby w ogóle doszło do dyskusji, a mi przede wszystkim o to chodzi w filmach, które robię. Dla mnie film jest dyskusją z widzem o tym, co się dzieje wokół, o kondycji człowieka.

Wydarzenia zawarte w filmie pochodzą niemal sprzed pół wieku. Ma pani poczucie, że ten obraz trafi do młodych ludzi?

Ten film jest bardzo współczesny, mimo, że ubrany w kostium, ale tak naprawdę od początku był pomyślany jako film opowiadający o tym co nas otacza, o tym co jest tu i teraz. Wierzę, że każdy odnajdzie w nim tematy, z którymi będzie się identyfikował.

ZobaczSchowaj komentarze

„La La Land”: filmowy majstersztyk czy najbardziej przereklamowana produkcja ostatnich lat?

7 złotych Globów, 5 nagród Bafta i 14 nominacji do Oscara, dzięki którym wyrównał rekord „All about Eve” i „Titanica” i na dzień przed ceremonią jest niekwestionowanym faworytem bukmacherów. Musical „La La Land” w reżyserii Damiena Chazelle został okrzyknięty zwycięzcą jeszcze przed ogłoszeniem ostatecznych wyników, jednak do głosu coraz częściej dochodzą sceptycy, dla których produkcji bliżej  jest do najbardziej przereklamowanego filmu ostatnich kilku lat aniżeli arcydzieła. Na czym więc polega fenomen tego tytułu i czy faktycznie mamy do czynienia ze sztucznie nadmuchanym balonem, który nie zasługuje na Oscara? A może problem tkwi raczej w tym, czym Akademia kieruje się podejmując swoje decyzje? Na te pytania postaramy się odpowiedzieć już dziś.

2017 rok rozpoczęłam postanowieniem, że obejrzę wszystkie filmy wymieniane w gronie kandydatów do Oscara. Oczywiście, jak to z postanowieniami bywa, nie udało mi się dotrzymać go do końca, ale na „La La Land” wybrałam się niezwłocznie w momencie,  w którym pojawił się w polskich kinach. Od razu pragnę zaznaczyć, że fanką musicali nie jestem, ale za to bardzo cenię sobie dotychczasową twórczość Damiena Chazelle. Pooza tym, wiadomo, każda okazja do podziwiania na filmowym ekranie Ryana Goslinga jest dobra. Po seansie daleko było mi jednak do entuzjazmu, który wykazywali moi towarzysze i którą ewidentnie przejawiają nie tylko fani tej produkcji na całym świecie, ale przede wszystkim organizacje przyznające najbardziej prestiżowe nagrody filmowe. Więcej, wraz z narastaniem hype’u wokół „La La Land” i ilości nagród jakie na najważniejszych ceremoniach zgarnia ekipa oraz aktorzy, mój początkowy, delikatny sceptycyzm powoli zaczęło zastępować stanowisko tanowisko, w którym nie rozumiem fenomenu tego filmu i uważam, że totalnie nie zasługuje na to, by niedzielne rozdanie nagród Akademii opuścić ze statuetką.

To jest oczywiście tylko moja subiektywna opinia, jednak coraz częściej zaczęły docierać do mnie argumenty osób, które także sądzą, że „La La Land” wcale nie jest arcydziełem, a raczej najbardziej przereklamowanym filmem tego roku. Jednak jak każdy medal, także i ten ma dwie strony, a fenomen i masowe uwielbienie dla tej produkcji nie wzięło się znikąd. Przede wszystkim może chodzić o istotę samego musicalu, jako gatunku, który przecież przez lata był osią Hollywood, a w ostatnim czasie został nieco zepchnięty na drugi plan. Podobno musicale albo się kocha, albo nienawidzi – ja (niestety) zaliczam się raczej do tej drugiej grupy, ale nie to jest tutaj istotne. Może „La La Land” wzbudza takie pozytywne emocje, bo jego sukces sprawia, że musicale znowu zaczynają liczyć się także w tej najważniejszej, oscarowej grze? Faktycznie, hollywoodzkie muzyczne filmy, które osiągnęły w minionych latach znaczące sukcesy, można wyliczyć na palcach jednej ręki i minęło sporo czasu, zanim po sukcesie chociażby „Nędzników”, świat filmu przygotował kolejną tego typu produkcję z takim rozmachem.

Musicale, bardziej niż filmy fabularne (jakkolwiek pozytywne nie byłyby te ostatnie), pozwalają odbiorcy na chwilę zapomnienia, przeniesienia się w zgoła inną rzeczywistość. Dlaczego? Być może dlatego, że pobudzają tyle zmysłów jednocześnie – skupiamy uwagę na fabule, bo ta cały czas jest przecież istotna, patrzymy na zapierające dech w piersiach kostiumy i scenografię, słuchamy nie tylko mowy aktorów, ale także śpiewanych przez nich utworów i oczywiście zwracamy uwagę na złożone sekwencje taneczne. Problemów bohaterów raczej nie odnosimy do swoich doświadczeń, a na to co dzieje się w fabule patrzymy raczej przez pryzmat mydlanej bańki. Wielu filmoznawców, w tym dziennikarze „New York Timesa” zwracają przy tym uwagę na inny, „krzepiący” aspekt porównując oglądanie „La La Land” w obecnej sytuacji politycznej do podziwiania Freda Astaire’a i Ginger Rogers w czasach Wielkiego Kryzysu. Może widzowie, w czasach gdy najpoważniejsza rzeczywistość zaczyna wyglądać jak najbardziej absurdalna fikcja, mają dość „poważnych” tematów analizujących kwestie dyskryminacji rasowej, płciowej czy biorących na warsztat toksyczne związki? Może od filmu oczekują przeniesienia w inny wymiar, w którym popatrzą na pięknych bohaterów i ich unoszące się w rytm muzyki ciała? Jeśli tak, musical idealnie spełnia te oczekiwania.

W przypadku „La La Land” może też jednak chodzić o coś więcej. Reżyser, Damien Chazelle bawi się realizmem i fikcją mieszając ze sobą rozpoznawalne przez wszystkich otoczenie z czystą fantazją. Głównych bohaterów – początkującą aktorkę (Emma Stone) i ambitnego muzyka (Ryan Gosling) poznajemy w momencie, w którym oboje (nie wiedząc oczywiście o swoim istnieniu) stoją w gigantycznym korku mającym zaraz zamienić się w jeden wielki, musicalowy układ taneczny. Najbardziej fantastyczne i dalekie od realizmu motywy reżyser pokazuje tak, jakby były najbardziej naturalnymi i najłatwiej przychodzącymi rzeczami na świecie. Zupełnie tak, jakby chciał powiedzieć widzowi, że ma prawo marzyć, a bycie kim chce i robienie tego, na co ma ochotę jest łatwiejsze niż mu się wydaje. Oprócz tego, Chazelle bardzo umiejętnie balansuje między nowoczesnością a historią i pewną nostalgią za klimatem minionych lat. Bohaterowie żyją we współczesnym świecie, ale inspirują się oryginalnym jazzem i „Casablancą”, lwia część „La La Land” obudowana jest także nawiązaniami do kultowych musicali i filmów, w tym chociażby „Deszczowej piosenki”, „Zabawnej buzi”, „Panienek z Rochefort” czy „West Side Story” (TUTAJ znajdziecie pełną listę odwołań).

Wszystko to jest prawdą, ale czy „La La Land” faktycznie zasługuje na to, by zmieść konkurencję i zostać najlepszym filmem roku? Moim zdaniem nie do końca i nie boję się powiedzieć, że nie zgadzam się z „hypem” jaki urósł (i nadal rośnie!) wokół niego. Oczywiście, film jest na swój sposób czarujący, jednak uważam – i jestem świadoma, że będę totalnie odosobniona w swojej opinii – że chemia między Goslingiem a Stone jest zaskakująco słaba (podobnie było zresztą w „Kocha, lubi, szanuje), a Chazelle zdecydowanie wyraźniej zapisał się w mojej pamięci filmem „Whiplash” z Milesem Tellerem w roli głównej. Co więcej, kreacje stworzone przez głównych aktorów nie noszą znamion wybitnych, a konkurenci, którzy już przegrali z nimi przy okazji Złotych Globów zanotowali w swoich filmach znacznie lepsze występy. Pomijając fakt, że oprócz „City of stars” nie udało mi się zapamiętać żadnego utworu ze ścieżki dźwiękowej,  Gosling i Stone nie porywają także swoim śpiewem  (z tańcem jest trochę lepiej).

No dobrze. Teraz pora zadać sobie pytanie, co w „La La Land” widzą osoby przyznające najbardziej prestiżowe nagrody filmowe.  Odpowiedź może być zresztą prostsza niż to się wydaje – Hollywood (i zwracają na to uwagę dziennikarze z całego świata) najbardziej kocha filmy o sobie samym, a produkcja Chazelle to przecież jedna wielka nostalgia za starym i nieco minionym klimatem przemysłu filmowego. Na potwierdzenie tych słów wystarczy tylko przypomnieć sobie obrazy, które zgarniały statuetki w ostatnich latach: niemy „Artysta” opowiadający historię aktora załamującego się po przełomie dźwiękowym czy „Birdman” z genialnym Michaelem Keatonem  w roli nieco zapomnianego aktora próbującego wrócić na szczyt. Jeśli więc klimat „La La Land”, w którym co chwilę pobrzmiewa filmowa tradycja i nostalgia za „złotymi czasami” połączymy z magią i eskapizmem, którą także uwielbia Akademia Filmowa, można przypuszczać, że decyzja o tym, kto niedzielną galę opuści ze złotą statuetką została już dawno podjęta. A szkoda.

ZobaczSchowaj komentarze

Wiosenne nowości z polską metką

SOLAR

KOMBINEZON
399 ZŁ

SOLAR

KOLCZYKI
149 ZŁ

MMC

MARYNARKA
900 ZŁ

MMC

MARYNARKA
1500 ZŁ

MISBHV

BLUZA
869 zł

MALLY & CO.

SUKIENKA
1390 ZŁ
Modę tworzą ludzie. Jest to zjawisko społeczne, które dotyczy każdego w mniejszym lub większym stopniu. To rozpędzony mechanizm, napędzany energią stylistów, projektantów, modelek, bloggerów, trendsetterów. Odkrywamy tajemnice największych osobowości branży. W inspirujących wywiadach opowiadają o bodźcach, które stymulują ich do działania, o własnym stylu, o otaczającym ich środowisku. Rozmowy z osobowościami świata mody zawierają ciekawe prognostyki i poruszają zjawiska angażujące uwagę. Mówiąc o ludziach pragniemy pokazać nie tylko mainstream. Odważnie demonstrujemy stylizacje osób śledzących trendy i zachowujących własny, niepowtarzalny styl. Przekazujemy krótkie newsy oparte na fotografiach. Chętnie prezentujemy szyk prosto z ulic światowych stolic mody.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.